Dodaję wcześniej niż chciałam, bo czuję się hmm.. porzucona xd
Dziękuję Anonimowi, który się nie przedstawił niestety, ale niech tak będzie, oraz YoAne.
I jeżeli Silris to jeszcze czyta, to przepraszam ją za brak aktywności komentarzowej :o
*************************************************************************************
- Itaaa...
- Co? Nie jęcz.
- Jesteś nieczuły.
- Czego chcesz Deidara?
- Chcesz zobaczyć moje nowe, udoskonalone bomby? Napracowałem się...
- Pokaż Sasoriemu.
- Czemu jemu? Jesteś zazdrosny?
- Nie!
- Jesteś.
- Nie.
- Tak.
- Nie.
- No to chodź ze mną!
- Mam co robić.
- Proszę?
- Ładnie prosisz?
- Taa.
- No dobra, ale tylko na chwilkę.
*
- Sasori?
- Tak?
-...Lubisz, Deidarę?
- Średnio.
-...Nie podoba ci się?
- A co, jesteś...
- Nie!
- Spokojnie. Jest twój.
*
- Dei?
- Hm?
- Przyjdziesz do mojego pokoju?
- Zapraszasz mnie?!.. A, z jakiej okazji?
- Chcę coś sprawdzić.
- Co?
- Czy twoje włosy są rzeczywiście tak miękkie, na jakie wyglądają...
- Pójdziemy teraz?
- Tak.
*
- Mogę cię pocałować?
- Musisz...
- Deidara, ja...
- Kocham cię, Ita - kun.
- Nie mów, takich zawstydzających rzeczy...
- Kocham cię! Ko... Ach!
- ...
- Tak, nh...! Och!
*
- Dei...
- Mm...?
- Ja też cię kocham.
- Wiem. A teraz...
- Teraz, co?
- Obejmij mnie jeszcze raz.
- Z przyjemnością...
niedziela, 19 września 2010
ItaDei (oneshot).
Autor: Raiah o 08:33 4 komentarze
czwartek, 25 marca 2010
Aleste (yaoi)
Dedykuję Silris i Asioce(?)
********************************************************************************
Chłopak patrzył swoimi bystrymi, zielonymi oczami na odchodzącego
mężczyznę. Poklepał wierzchowca i lekko dotknął boków konia
ostrogami by zwierzę ruszyło. Gdy zagłębili się w las, westchnął i
nabrał do nozdrzy rześkiego zapachu świeżych liści. Postanowił po
drodze do stadniny, wstąpić do wioski posilić się i nakarmić konia.
Gdy zbliżali się do osady, mężczyzna zsiadł z wierzchowca i
poprowadził go te ostatnie kilka metrów. Odmachał kilku znajomym i
przywiązał konia do płotka przy drewnianym, prowizorycznym domu.
,,Lepiej taki niż żadny" - pomyślał i wszedł do środka. Wymienił męski
uścisk z braćmi oraz ucałował matkę. Zdążył akurat na porę obiadu.
Chwilę później postawiono na stole wielki parujący garnek z dobrze
wyglądającą zawartością. Oblizał się i spojrzał na braci rzucając im
groźne spojrzenia. Po chwili garnek wręcz fruwał w powietrzu między
przepychającymi się chłopcami. Zielonookiemu udało się dźgnąć
widelcem stek i uśmiechał się zwycięsko do pozostałych. Ich
spojrzenia mówiły że zaraz nadejdzie odwet. Gdy najstarszy z
rodzeństwa właśnie ciągnął go za włosy, ich matka weszła do kuchni.
- Lerrian, puść swojego brata- westchnęła i spojrzała na
zielonookiego- Treanen co znowu zrobiłeś? Jest was piątka a robicie
więcej zamieszania niż cała wioska razem wzięta - długo nie pożyję z
waszą gromadą- pięć par oczu spojrzało na nią błagalnie - jeszcze
jeden numer a będziecie sobie gotować SAMI.
- 0j, mamuś - pocałował kobietę w policzek - Za bardzo nas kochasz,
by nas porzucić.
- A chciałam mieć słodką córeczkę, za co mnie Bóg pokarał -
pokręciła zrezygnowana głową - Znikajcie zanim zdemolujecie coś
jeszcze.
Treanen zaśmiał się cicho. Wstał z krzesła i dołączył do Lerriana,
który kierował się do stadniny. Chłopak mruknął coś pod nosem na
widok brata i poklepał karego konia po grzbiecie.
- Lerry, mogę pomóc ci dziś w obchodzie po wioskach? - spojrzał na
niego nadzieją.
- A co ci przydzielono?
- Mam posprzątać w zagrodzie dla zwierząt - skrzywił się gdy w jego
wyobraźni pojawił się obraz nie sprzątanego od tygodni chlewu i jego
okolic. Za swoje knąbrne zachowanie ojciec przydzielił mu to
haniebne zadanie. Młody mężczyzna ani myślał to robić. ,,Jestem po to
by się bić, a nie sprzątać w oborze!"
- Hah, Trey, no chcesz się wywinąć co? Pomyślimy. - zrobił krok z
zamiarem odejścia.
- Braciszku, zlituj się - złapał mężczyznę za ramię.
- Czemu miałbym? Zasłużyłeś.
- Proszę.
- Ostatni raz robię ci przysługę. Co się odwlecze, to nie uciecze
wiesz?
- Wiem- uśmiechnął się - Trea, nie Trey ok?
- Dobrze... Trey - starszy z rodzeństwa wyszczerzył zęby i podszedł do
wędrownych handlarzy jedwabiu.
****************************************************
W sąsiednich wioskach nic się nie działo, oprócz sporadycznych
rabunków, grupa jeźdźców z przed kilku dni nie wróciła do miasta.
Chłopak ziewnął i wygodniej ułożył się w siodle. Koń szedł spokojnie w
stronę kolejnej osady, więc Treanen przymknął oczy i wsłuchał się w
śpiew ptaków. Słońce wyszło zza chmur i zrobiło się przyjemnie
ciepło. Usłyszał hałas i otworzył jedno oko. Z oddali dobiegały czyjeś
podniecone głosy i szczęk metalu. Jeźdźcy przyśpieszyli. Na dużym,
zalesionym placu stali chyba wszyscy mieszkańcy wioski. W rękach
trzymali grabie i inne sprzęty przeznaczone do pracy na roli a które w
tej chwili pełniły niejako inną funkcję. Mieszkańcy sprzeczali się ze
sobą, ale ich oczy utkwione były w grupkę związanych osób stojących
na podwyższeniu. Kilka z nich klęczało, jednak żaden z nich nie
odezwał się. Mężczyźni spojrzeli na tłum i zrozumieli. Związanymi
osobami byli rabusie z niecałego tygodnia temu. Ci, dzięki którym
poznał Waliou. Spojrzał na nich z pogardą. Dał znak by jego
towarzysze podjechali z nim bliżej wściekłego tłumu. Gdy kopyta koni
zaszeleściły na żwirze oczy zgromadzonych zwróciły się na nich. Trey
przełknął ślinę. Choć nigdy by się do tego nie przyznał, poczuł ulgę
gdy Lerrian odezwał się za niego.
- Przybywamy z centralnej wioski. Czy ci mężczyźni...
- To rabusie i podpalacze! Straciliśmy przez nich wiele surowców i
złota! - przerwał mu starszy mężczyzna o butnym wyrazie twarzy -
Ukrywali się w lesie. Zrobiliśmy zasadzkę.
- Co z nimi teraz zrobicie? - spytał Trea
- Zabijemy! - podniosły się okrzyki.
Chłopak spojrzał na związanych mężczyzn. Wyglądali na ludzi, którzy
rabują opłacani przez kogoś. Byli dobrze ubrani, choć ich twarze, ręce
i nogi były osmalone, miejscami obdarte jakby byli ciągnięci po ziemi.
Białka ich oczu były dobrze widoczne na ich lekko przerażonych
twarzach. Treanen pomyślał że mimo wszystko nie zasługują na
śmierć z rąk wściekłego tłumu.
- Nie zabijajcie ich - bezmyślnie powiedział chłopak zanim zdał sobie
sprawę co robi.
Tłum spojrzał na niego ze zdziwieniem i zamilkł.
Mężczyzna zacisnął rękę na nożu schowanym w pochwie, dodając
sobie odwagi i podniósł wysoko głowę.
- Sądzę, że oni są tylko rabusiami na wynajem. Prawda?- z wachaniem
zwrócił głowę w stronę jednego z nich, chłopaka z którego twarzy nie
dało się nic wyczytać. Na pozór spokojne oczy, spojrzały na niego.
- Prawda, panie - odpowiedział bez wachania.
Tłum zaczął szeptać między sobą.
- To nie zmienia faktu że są poprostu śmieciami!
- Jeżeli tu wrócą, zabijcie ich. Jednak nie sądze by to zrobili. Niech
oddadzą zrabowane dobra...oraz naprawią szkody. Potem ich
wypuście - spojrzał na skwaszoną twarz Lerriana.
- A jeżeli spróbują uciekać?
- Przypilnujemy ich z moim bratem.
Tłum zaczął dyskutować i bez słowa ludzie zaczęli rozchodzić się do
domostw.
- Wiesz co kazałeś nam robić? Pilnować więźniów! - brat warknął na
niego cicho - Sam to rób cholero!
- Kazałbyś ich zabić?- szepnął w odpowiedzi.
Mężczyzna zawachał się, po czym popędził konia w stronę więźniów.
****************************************************
Głośne okrzyki nadzorujących pracę wieśniaków, zagłuszały odgłosy
zwalanych pni. Treanen uważnie przyglądał się więźniom, lecz w
końcu znudzony oparł się na pniu i począł przyglądać się każdemu po
kolei. Wyglądali niecodziennie. Włosy mieli w odcieniach czerwieni,
od bordowego po pomarańczowożółty i rudy. W większości mieli je
krótko obcięte w finezyjne wzory jednak jeden z nich się wyróżniał.
Króczoczarne włosy upięte w kok wysadzaną drogocennymi
kamieniami klamrą błyszczały w niemiłosiernych promieniach słońca.
Gdy postać się odwróciła stwierdził iż to ten sam chłopak, który
odpowiedział mu na ,,Wielkim Przesłuchaniu". Dopiero teraz zauważył
że jego skóra pokryta była białym pudrem tworząc całkowitą maskę.
Trean nigdy czegoś takiego nie widział. Niemalże żółte oczy spojrzały
na niego nie wyrażając żadnej emocji. Zezłościło go to. Podszedł do
jednego z więźniów z włosami koloru burgundu.
- Kto jest waszym przywódcą?
- Nie ma go tutaj panie - wycedził niechętnie mężczyzna.
- Kłamiesz - przyłożył mu do gardła nóż, z którym się nigdy nie
rozstawał. Miał z nim związane parę miłych wspomnień.
Tamten nie odpowiedział znając swoją sytuację jednak Trea usłyszał
za plecami spokojny głos.
- Ja - odpowiedział żółtooki.
- Rozumiem - właśnie takiej odpowiedzi oczekiwał. Schował nóż i
pociągnął czarnowłosego za linę na szyi. Posadził go na konia, cały
czas trzymając mocno pętlę i usiadł za nim. Gdyby boss próbował coś
kombinować, zaciśnie sznur. Złapał wodzę i ruszył do swojej wioski
układając w głowie jakiś plan.
- Powinieneś się cieszyć że nie musisz już ścinać drzew na nowe
chaty. Pomożesz mojej matce w gospodzie - szepnął mu do ucha.
Podróż przebiegła spokojnie, choć niebo zachmurzyło się i zaczęło
kropić. Chłopak rozpuścił długie włosy więźnia i usłyszał cichy
warknięcie. Zaśmiał się cicho, lecz po chwili jęknął niemo. Jechali w
deszczu i niechętnie ich ciała przylegały do siebie. Poczuł jak robi mu
się gorąco i starał za bardzo nie ruszać się w siodle bo ciągle ocierał
się o mężczyznę z przodu. Zimne podmuchy wiatru rozwiewały włosy i
roznosiły ich lawendowy zapach. Żółtooki napewno poczuł już że
Treanen jest podniecony. Syknął cicho i przesunął się do przodu.
Chłopak poczuł że jest zażenowany jak jeszcze nigdy. Gdy dojechali,
szybko zszedł i pociągnął czarnowłosego za sobą. W domu było pusto
co było rzadkością i musiało oznaczać że rodzinka jest na jakimś
zebraniu. Nie zastanawiał się jednak nad tym dłużej. Ponieważ teraz
lało jak z cebra, stwierdził że znajdzie trochę deszczówki. Podszedł do
niewyrażającego jakichkolwiek emocji mężczyzny i spojrzał na niego
butnie. Włożył palca do wody, a następnie dotknął nim twarzy więźnia.
Mokra kropka spłynęła z jego policzka, lecz był on tak samo biały jak
wcześniej.
- Jak się nazywasz?
- Aleste - odparł.
- A nazwisko masz? - odparł rozdrażniony niezachwianym spokojem
mężczyzny.
- Seiahn.
- Rozumiem - jego nazwisko nic mu nie mówiło, ale zdawało mu się że
gdzieś już je słyszał.
- Pokaż mi swoją twarz.
- Nie - usłyszał coś na kształt śmiechu. Gorzkiego śmiechu.
Przyciągnął go do siebie i ponieważ żółtooki wyglądał na słabszego
od niego, zdjął z niego siłą jego ubranie i zostawił na nim tylko długą
do uda, białą koszulę. Siłą pochylił go tak, że mężczyzna klęczał przed
balią z wodą poczym siłą zanurzył w niej jego twarz. Tamten szybko
wychylił głowę parskając. Wyglądał pięknie, mokry i blady. Treanen
kierował się tylko instynktami, a patrzenie na tortury Alesta sprawiały
mu ogromną rozkosz. Nie poznawał sam siebię. Gdy na potkał
spojrzenie mężczyzny zobaczył w nim gorycz i smutek. Zamierzał
puścić chłopaka, lecz gdyż stał za nim, otarł się o niego i usłyszał
cichy jęk z ust chłopaka i drżenie. Gdyby nie był w tamtym momencie
rozgorączkowany pewnie by go to zdziwiło lecz teraz poprostu
przeważyło szalę. Obrócił Alesta i wpił się w jego wargi, jedną ręką
odpinając spodnie. Ponieważ mężczyzna nie miał już tej części
garderoby, zdjął mu tylko koszulę i począł robić malinki na jego
torsie, drugą ręką dotykając męskości chłopaka. Wiedział że jeżeli
teraz się nie wycofa to nie będzie odwrotu. Spojrzał na twarz Seiahna
i zamarł. Usta miał rozchylone i czerwone a oczy błyszczały. Widział
jego emocje i poczuł ekstazę. Wiedział że powinien przygotować
Alesta ale chybaby zwariował musząc czekać choć chwilę dłużej.
Żółtooki też to widział ponieważ poślinił swoje palce i pomagał
Treyowi. Ten przyciągnął szybko jego biodra i zaczął się chaotycznie
poruszać. Po chwili jednak zdał sobię sprawę że krzywdzi chłopaka,
gdyż w jego oczach pojawiły się łzy. By pomóc mu się przyzwyczaić
zaczął poruszać dłonią na jego członku i gdy Aleste się rozluźnił
zaczął się poruszać coraz szybciej. Słyszał głośne jęki mężczyzny i gdy
tamten wyszeptał prośbę by przyśpieszył, zaczął posuwać go jak
szalony. Usłyszał westchnięcie i wytrysk mężczyzny i niemal widział
przed oczami czerwone plamy. Po chwili poczuł ogarniające go
spełnienie w każdej komórce swojego ciała z siłą tsunami i zmęczony
opadł na Alesta. Pogładził jego piękne czarne włosy z dziwnym
rozczuleniem. Powoli wyszedł z niego i położył się obok. Spojrzał w
żółte oczy. Chłopak uśmiechnął się do niego zawadiacko choć z
pewną dozą rezerwy.
- Jak cię zwą zielonooki?
- Treanen. Z nazwiska Lauy Tenn.
- Dobrze wiedzieć - zaśmiał się i pocałował go gorąco.
****************************************************
Trzy miesiące później.
Treanen stał na tarasie swojego nowego domu i patrzył na
zachmurzone niebo. Ciszy nie zakłócało nic oprócz szumu wiatru w
koronach drzew i odgłosu fletu. Uśmiechnął się do siebie i podszedł
do ,,źródła dźwięku" czerwone usta oderwały się od instrumentu i
złączyły się z jego ustami w geście rodzącego się uczucia. Spojrzał w
żółte oczy kochanka ( <-czy po trzech miesiącach to już podchodzi
pod miano kochanka, Silris? ^^).
- Twoja cera już jest taka biała, to nie puder, pięknie - powiedział
nawiedzonym głosem. Ciągle nie mógł uwierzyć że w końcu wygrał
batalię i siedzi w swoim domu ze swoim kochankiem. Westchnął do
swoich wspomnień.
Po wspólnej nocy udał się do Lerriana gdyż był nie tylko jego bratem
ale też przyjacielem. Poczuł zawód. Brat nie tylko go nie wysłuchał,
ale też chciał powiedzieć o tym reszcie braci. No cóż, on też nie był
bez winy, zaszantażował go czymś czego później żałował. Poszedł
porozmawiać z ojcem na temat budowy jego domu. Gdy ojciec
dowiedział się przypadkiem że Aleste jego ,,chłopakiem" wpadł w
szał. Nie mógł jednak nic poradzić choć rodzina traktowała go jakby
był już wyklęty. Dyonil, drugi z kolei najstarszy z jego braci powiedział
mu że faktycznie słyszał gdzieś nazwisko Seiahn. Była to potężna
rodzina powiązana z mafią. Chcąc, nie chcąc, Aleste opowiedział mu
o swojej przeszłości. Treanen wybaczył mu ją ponieważ rozumiał że
chłopak nie miał za dużego wyboru. Ponieważ jednak nie był w
rodzinie nikim ważnym nie będą go szukać. Powiedział mu też z
czasem że jest bękartem. Trea nie rozumiał obaw kochanka i nie
obchodziło go kim był on w przeszłości. Mieli siebię. I tyle.
Jakiś miesiąc temu wypuszczono więźniów i chłopak bał się że Aleste
odejdzie. Tego dnia, kochanek wyznał mu miłość.
Razem stali i patrzyli na oddalających się jeźdźców.
Treanen wiedział że odnalazł swoje miejsce u boku żółtookiego i że
już nigdy nie będzie pomagał złamanym sercom innych mężczyzn.
Miał nadzieję że Waliou jest szczęśliwy.
On jest i to cholernie.
**********************************************************
Jeżeli ktoś to przeczyta to niech to skomentuję jakoś proszę, bo natrudziłam się z tym cholerstwem.
Autor: Raiah o 08:21 1 komentarze
Etykiety: yaoi
niedziela, 7 marca 2010
4.Początek na Wzgórzach Wiśni (koniec)
Dla tej wrednoty, bety, Yo Ane.
*************************************************
Zmierzchało. Czarne, gradowe chmury zbierały się nad koronami drzew. Poczuł mokrą krople na ramieniu. Przyśpieszył. Wiatr był coraz bardziej
porywisty, rozwiewał jego włosy i stawiał opór przy każdym kroku. Deszcz zacinał mu prosto w twarz i chłostał z mocą. Zmoczony i zdeterminowany
Myahuay kierował się w wyższe partie gór. Trząsł się z zimna. ,,Ailoh tak szybko wyszedł. Ubrał się tylko w tunikę. Myahuay ty idioto." Było już niemal
czarno. Mężczyzna nie zwolnił, nie zatrzymał się, biegł na oślep. Niebo przecięła błyskawica. Usłyszał huk i trzask. Nagle uslyszał przeraźliwy wrzask.
Ten głos rozpoznał odrazu.
- Ailoh! Nie!
Pobiegł co sił w nogach, potykając się i raniąc boleśnie, w kierunku, z którego usłyszał głos chłopaka. Zatrzymał się przerażony. Poczuł jak staje mu
serce. Jak obłąkany kucnął z oczami utkwionymi w ciało. Ailoh leżał przygnieciony przez konar młodego drzewa. Pień nie był jeszcze bardzo szeroki, ale
upadek mógł okazać się śmiertelny.
- Ailoh...- pogładził chłopca po policzku.
Zauważył że powieki chłopaka poruszyły się i otworzył oczy. Z nadzieją, zdjął konar z mężczyzny. Uniósł go lekko do góry za ramiona.
- Myah...- usłyszał cichy głos.
- Ailoh, przepraszam, nie umieraj - jęknął rozpaczliwie.
- To...boli...
- Błagam, żyj! Posłuchaj, byłem zły i rozgoryczony, ja... - wreszcie zrozumiał swoje uczucia. Poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła - ja...cię kocham!
Łzy leciały mu z ich oczu. Ailoh przyłożył rękę do policzka Myaha. Ten ostrożnie podniósł go z ziemi. Serce mu się krajało widząc ból w oczach
ukochanego. W myślach błagał by duchy nie pozwoliły mu umrzeć. Nie wiedział, w którą stronę się skierować.
- Ailoh...
- Idź...w górę. Kawałek z tąd jest chata uzdrowiciela. Szybciej, ja... zasypiam...
Myahuay szedł jak najszybciej umiał, ale bał się że zrobi krzywdę ukochanemu. Całą siłą woli powstrzymał się, by nie przerzucić ukochanego przez
ramię i nie popędzić naprzód. Bał się. Okropnie się bał. Powoli ogarniała go rozpacz. Szedł i czuł jak ciałko chłopaka zimnieje. Zauważył w oddali blask
pochodni.
- Chata uzdrowiciela!- krzyknął i popędził w kierunku światła.
Na zielonym pokryciu, w strugach deszczu, siedział stary, pomarszczony niczym suszona śliwka, całkiem siwy staruszek. Broda sięgała mu kolan. Ujrzał
ich i wstał szybko, wręczając Myahuayowi zioła i ostrą w zapachu maść. Spuścił nogi Ailoha na ziemię i pomógł przenieść chłopca do wnętrza chaty.
Myah trząsł się ze strachu o Ailoha i zdenerwowania, ufał jednak sprawnym i pewnym ruchom starca, gdy ten smarował emulsją otwarte rany
ukochanego. Wskazał też ręką na bukłak z wodą i nakazał napoić nim pacjenta. Serce Myahuaya skakało z radości, widząc jak usta kochanka nabierają
koloru a policzki różowieją. Czuł się jak jeszcze nigdy w życiu. Spłynęła na niego niewyobrażalna ulga. Pochylił się do ucha mężczyzny i szepnął;
- Ailoh jestem tu z tobą. Twój. Na zawsze - uśmiechnął się czule i spojrzał w ukochane oczy.
- Na zawsze.
*************************************************************************************
- Kolacja! - delikatna męska dłoń, ciągnęła go w stronę salonu. Myahuay nie oponował zbytnio. Spoglądał na tę roześmianą twarz z lekko wystawioym
różowym języczkiem, ubranego w czerwony fartuch.
- Już idę moja kobieto - uśmiechnął się zadziornie.
Alioh posłał mu mordercze spojrzenie. Nie gniewał się jednak długo, tylko wepchnął mężczyznę do salonu.
- Pachnie wyśmienicie
- Wiem - wyszczerzył się.
- Nie szczerz się tak - powiedział Myah z poważnym wyrazem twarzy.
- Dlaczego?
- Bo będę musiał scałować ci ten uśmiech - objął chłopaka - Choć i tak to zrobię - uśmiechnął się i złączył ich usta.
Myahuay pomyślał o tym wszystkim co go spotkało.
I dziękował niebiosom za to.
*********************************************************************************
Krótkie i przesłodzone, wiem, ale inaczej się zakończyć nie dało :D
Mam już kilka nowych pomysłów więc notka będzie niedługo ;)
;*
Autor: Raiah o 13:33 1 komentarze
Etykiety: yaoi
wtorek, 9 lutego 2010
Romance cz.II (ostatnia)
Dawno nie dodałam notki, jestem niedobra :(
********************************************************************************
Waliou ziewnął i otworzył oczy. Zasłony były rozsunięte i światło
wpadało do środka. Mężczyzna potarł oczy ręką i wysunął się z
pościeli. Wokół była cisza, drzwi były zamknięte a na stoliczku
zauważył zapasowy kluczyk. Spojrzał?Zauważył szklany wazon z
czerwoną różą. Uśmiechnął się pod nosem. ,,Stara znajoma zapewne
przewidziała, że zostanę na noc. Ja... Muszę z nią porozmawiać.
Romance..." Rozmarzyl się. Ubrał koszulę i naciągnął spodnie.
Usłyszał szczęk zamka.
- Romance? - odwrócił się i poczul zawód.
- Nie kochaniutki, to ja. Dobrze spałeś?
- Tak- uśmiechnął się - Gdzie jest Romance?
- Romance... wiesz, kazał tak na siebie wołać od dzisiaj. Właśnie
czesze włosy.
- Matyś, skąd go wzięłaś?
Kobieta spuściła wzrok.
- Jego... przyjaciel go przyprowadził. Biedny chłopak był cały
posiniaczony. Jestem pewna, że to ten facet je zrobił.
- Skurwisyn- syknął Waliou przez zęby - Jeżeli go spotkam, zabiję go.
- Romance jest moim najdroższym nabytkiem. Tak łatwo go z tąd nie
wypuszczę.
Meżczyzna zacisnął pięść.
- Matyś...- przerwał. Do pokoju wszedł Romance. Uśmiechnął się do
Waliou.
- Zostawię was- szepnęłakobieta i wysżła.
- Nie wiem jak się zachować...
- Waliou - przypomniał mu.
- Tak...teraz poprostu...wyjdzisz?
- Zazwyczaj tak robię.
Zapadła cisza. Waliou odwrócił wzrok i powiedział:
- Romance, chcialbym byś poszedł ze ze mną.
Szklanka, którą trzymał chłopak upadła na ziemię i pękła. Chłopak
kucnął i zaczął zbierać odłamki.
- On cię skrzywdził prawda? Ten chłopak...to on był tym pierwszym?
Ręka młodzieńca zacisnęła się na odłamku i zaczęła krwawić. Ten
jednak nie zwrócił na to uwagi, tylko zamarł w bezruchu. Drgnął i
szepnął powstrzymując łzy.
- Ja go kochałem... a on mnie wykorzystał, zranił i sprzedał. Poniżył
mnie i zostawił bez niczego. Dlaczego?
- Romance- podszedł do chłopaka i go objął.
- Proszę... będziesz miał tam wszystko co chcesz.
- Ta kobieta... powiedziała mi ż jeżeli będę "grzeczny" da mi jego ades
i wypuści mnie. Bym mógł się zemścić.
Waliou zbyt dobrze znał kobietę, by wierzyć że to uczyni.
- Ona tego nie zrobi, znam ją...
- A ja nie znam ciebie - te słowa zabolały najmocniej- Przyszedłeś tu
wczoraj by kochać się z jakimś facetem, nie? Kim jesteś? Zawsze
dostajesz to czego chcesz hm? Nie znam cię Waliou. A to co się ze
mną stanie, zależy wyłącznie od mojej ,,szefowej".
Chłopak podniósł się i ubrał buty. Spojrzał namężczyznę i pocałowal
go lekko w usta. Po zbyt krótkiej chwili puścił go i wyszedł z pooju.
Waliou jeszcze nigdy nie płakał. Był rozpieszczonym dzieckiem
swoich przybranych rodziców. Byli bardzo bogaci. Zginęli przez
powiązania z mafią. Mężczyzna jednak nigdy zsię z nimi nie
kontaktował. Co prawda miał mały udział w handlu kokainą sam
jednak wolał od używek cielesne zabawy. Teraz wolałby już nigdy tu
nie wrócić. Czuł się zraniony, odepchnięt. Padł na łóżko, ale
przypomnialy mu się wczorajsze wydarzenia i natychmiast się
podniósł. Poprawił ubranie, wziął kluczyk ze stolika. zamknął drzwi i
nie obejrzał się za siebie.
Dwa tygodnie. Minęło. Waliou siedział na ulubionym wierzchowcu i
rozmyślał. Zapłacił właścicielce burdelu i wyszedł bez słowa.
Wyjechał z miasta. Właśnie jechał przez las. Byl gęsty, niiebezpieczny.
Mieszkały w nim wyrzutki społeczeństwa. Nagle koń zarżał. Jacyć
jeźdźcy przejechali koło niego i koń stracił równowagę. Przewrócił się
na bok. Waliou zdążył zeskoczyć z niego ale poczuł jak czyjeś ręcę
oplatają go. Ktoś uderzył go czymś ciężkim w głowę i mężczyzna
stracił przytomność.
Jakiś czas później chłopak usłyszał hałas i otworzył oczy. Zauważył że
jest związany. Przyglądały mu się trzy pary oczu.
- Byłeś z nimi? - zapytał jeden z nich.
- Z kim?
- Z tymi złodziejami, do cholery! - zdenerwował się chłopak na oko w
jego wieku.
- Jakimi złodziejami? Mówisz o tych mężczyznach którzy prawie
zepchnęli mnie do rowu?
Zamilkli i spojrzeli po sobie. Chłopak (najwyraźniej przywódca),
rozwiązał go.
- Chyba jesteś niewinny. Ci mężczyźni niszczą nasze domy i kradną
nasze pieniądze oraz jedzenie.
Waliou spojrzał na niego.
- Więc jestem wolny? Pomożesz mi wrócić do miasta?
- W końcu jestem ci coś winny. Pojedziemy twoim koniem, zostawię
cię tam i wrócę na nim z powrotem. Odstawię go do twojej stajni jeśli
mi ją pokażesz.
- Dobrze - Waliou obejrzał mężczyznę. Był opalony, a brązowe włosy
były krótko ścięte. Niektóre kosmyki opadały mu na oczy. Wyglądał
jak rozbójnik. Bardzo ponętny rozbójnik. Pomyślał o chwili
zapomnienia.
Chłopak najwyraźniej układał coś na półkach a w końcu zostali w
pomieszczeniu sami. Waliou wstał a mężczyzna obrócił się w jego
stronę.
- Coś jeszcze mogę dla ciebie zrobić? - brunet chyba wyczuł jego
nastrój i spojrzał na niego soczyście zielonymi oczami. Jego pozycja
wyrażała chęci.
- Właściwie to tak. Pewnien chłopak dał mi niedawno kosza. Bolało.
Kochaj się ze mną.
Mężczyzna uśmiechnął się do niego i wziął nóż. Zanim Waliou zdążył
zareagować chłopak wpił się w jego usta. Rękę z nożem dał za jego
głowę. Chwycił włosy mężczyzny i ściął je blisko głowy. Upuścił nóż i
kosmyki platynowych włosów na ziemię.
- Teraz nie będziesz myśleć o nim gdy jesteśmy razem - wymruczał.
Kochali się namiętnie, długo i kilka razy. Waliou pozwolił chłopakowi
być seme. Nie chciał być w nikim opróc Romance. Ich ciała zespalały
się ze sobą i nie liczyło się nic poza tym. Przez chwilę nie czuł bólu
złamanego serca.
Zbudził się leżąc pod chłopakiem. Czuł ciepło jego ciała, nacisk na
skórze i zapach jego potu, lecz pomyślał o ukochanym. Tęsknił za nim.
Za jedną krótką nocą z nim spędzoną. Jak tak szybko mógł tak bardzo
pokochać tego chłopaka? Nigdy nie przywiązywał się uczuciowo, był
zmanierowanym dzieciakiem, potem zepsutym mężczyzną. A teraz,
oddałby wszystko by być blisko Romance.
Jego kochanek zbudził się i spojrzał na smutną twarz Waliou.
- Jedź do niego. Nie odrzuci cię - szepnął.
Mężczyzna spojrzał na niego.
Godzinę później jechali już na koniu.
Pięć godzin później stanęli przed bramą do miasta.
Brunet pocałował go mocno w usta a zielone oczy śmiały się do
niego. Pchnął go lekko do przodu. Westchnął i postanowił nie poddać
się tak łatwo. Ruszył przed siebie, a po chwili usłyszał odgłos
odjeżdżającego jeźdźca.
*
- Matyś...- zasiadł na niewielkim, okrągłym fotelu.
- Tak kochaniutki? Chciałeś coś? - uśmiechnęła się przymilnie.
- Chcę wykupić Romance.
Twarz kobiety momentalnie stężała.
- Waliou, wiesz o co mnie prosisz? To mój najlepszy nabytek!
- Zapłacę. Ile zechcesz.
- Człowieku, on jest inwestycją. Jest warty fortunę - parsknęła.
Waliou wyciągnął rękę z kopertą w stronę kobiety. Ta otworzyła ją.
Przeliczyła pieniądze i spojrzała zdziwiona na mężczyznę.
- Idź po niego - powiedziała cicho.
Zanim wyszedł spytała:
- Jesteś gotów tyle zapłacić za jednego chłopaka?
Mężczyzna obrócił się i spojrzał na nią.
- To nie jest jakiś tam chłopak. To Romance.
Podszedł do drzwi pamiętnego pokoju. Spojrzał przez szparę w
drzwiach. Romance siedział na stole i trzymał w ręku TĄ różę.
Wyrywał pojedyńcze płatki i rzucał na ziemię. Oczy miał szkliste.
Przymknął je. Po policzku spłynęła łza.
Mężczyzna wszedł do środka.
Nie liczył na wzajemność Romance'a. Mógł nadal kochać tamtego
mężczyznę, może bał się że ktoś go skrzywdzi.
A Waliou mógł dać mu siebie i oczekiwać że ukochany go przyjmie.
Wykupił go. Mógł teraz robić co chce, iść gdzie chce, lub zostać z
nim.
- Jesteś wolny - rzucił.
Czerwone oczy spojrzały na niego z niepokojem i żalem.
- A zemsta?
Waliou uśmiechnął się gorzko.
- Mam jego adres.
Chłopak spuścił wzrok.
- Słyszałeś co powiedziałem jak już zasypialiśmy?
- Tak - zaczerwienił się.
- Kocham cię. Zostań ze mną. Poznaj mnie.
Romance uśmiechnął się nieśmiało.
- Ja...- zawachał się - Pocałujesz mnie?
Waliou podszedł do niego i pocałował go najczulej jak umiał.
Autor: Raiah o 07:26 1 komentarze
Etykiety: yaoi
