Dzisiaj notki nie będzie, gdyż chcę zrobić małe głosowanie ^^
Mam kilka pomysłów, więc prawem większości zdecydujcie co chcecie przeczytać:
* shounen- ai,
* lekkie yaoi,
* porządne yaoi z serii o Aleste, Treanenie i reszcie,
* ostre yaoi :D
Jak ktoś ma jeszcze jakieś inne propozycje to chętnie wysłucham ;))
Głosujcie!
niedziela, 30 maja 2010
^^
Autor: Raiah o 09:18 7 komentarze
czwartek, 27 maja 2010
Kalendarz (oneshot)
************************************************************************************
Październik
W październiku padał deszcz, który nic nie wnosił do mojego życia.
Szedłem nadal wyznaczoną ścieżką, w monotonnej szarości i nikt i
nic nie mogło wypełnić mojej samotności.
W kałużach, w rynnach, w strumieniach...
Topiłem się. I bałem się, że już nie wrócę na powierzchnię.
Listopad
Zrobiło się zimniej, lecz w sercu cieplej. Ludzie przychodzili i
odchodzili, a ja ich nie zatrzymywałem. Tak było wygodniej. Ubrałem
się ciepło i przeżyłem pierwsze mrozy. Zaczął padać śnieg i pokrywać
białym puchem wszystko dookoła. A gdy zachorowałem, samotnie,
bez nikogo bliskiego i poszedłem szukać szczęścia...
Spotkałem jego.
Grudzień
Lodowate powietrze przenika mi kości. Siedziałem w domu całkiem
sam, zapomniany, sam sobie jestem winien. Odrzuciłem ich
wszystkich. Nie liczyłem z iloma spałem, liczyłem ile zraniłem.
Ani jednego. Żadnemu na mnie nie zależało.
Przepraszam, teraz, bo zapomniałem o nim.
A on przyszedł, w nocy, wypełnił mi ciszę.
Styczeń
W zdeptanym śniegu. W nadziei na słońce. Widziałem jego. Wszędzie.
Był taki kruchy, a zniszczył moją obronę. Tak łatwo mógł wypaść z
moich rąk, a kruszył moje skamieniałe serce. Było tak pięknie...
Miałem tylko jedno postanowienie noworoczne : Nie pozwolić, by coś
mu się stało, nie pozwolić mu zniknąć.
Ja, samolubny egoista.
Luty
Patrzył na pierwsze oznaki wiosny, a ja głaskałem jego piękne włosy.
Pilnowałem by nie zachorował, a gdy mu to mówiłem, śmiał się
gorzko. Nie rozumiałem. Wiedziałem tylko, że kocha mnie tak mocno
jak ja jego. Robiliśmy wszystko co chcieliśmy. Chciał wszystko zaraz,
teraz. Zgadzałem się.
Moje kochane słoneczko, moje słodkie uke...
Marzec
Siedzieliśmy razem na starej ławce. I byliśmy całkiem sami. I nic mi
nie brakowało. Obiecałem mu, że zawsze z nim będę. Mówiłem mu to
co noc, przed snem. Lub po tym jak się kochaliśmy. Nie widziałem,
jak czasem płacze w poduszkę. Stopniał ostatni śnieg i natura
budziła się do życia.
Podziwiałem w słońcu jego bladą skórę.
Kwiecień
Zrywałem mu kwiaty. Codziennie. Związywał swoje włosy w warkocz,
a ja widziałem czasem ich pasma na poduszce. Nie widziałem jego
podkrążonych oczu. Widziałem tylko jak bardzo kocha życie.
Kochaliśmy się na polanie, w domu, w lesie, w pracy. Trzymałem jego
chłodną rękę, nie patrząc na mijających nas ludzi. Całowałem jego
wąskie usta i dziękowałem przeznaczeniu, za każdy dzień z nim.
Każdy dzień był inny, każdy lepszy od poprzedniego.
To była cudowna wiosna.
Maj
Maj był ciepły. Pisał coś zawzięcie w swoim notatniku a zbłąkane
promyki przemykały przez szyby i oświetlały jego twarz. Denerwowały
go moje wieczne obserwacje, więc udawałem że na niego nie patrzę.
Nie był głupi. Wiedział o tym i gdy kończył pisać, wtulał twarz w moje
ramię a ja obejmowałem go mocno. Tak mocno jak tylko mogłem.
Ale wyślizgiwał mi się z rąk. Nie dosłownie. Po prostu czułem, że coś
jest nie tak. I nie pozwalałem mu nigdzie odejść.
Uśmiechał się wtedy, a ja czułem niepokój.
Czerwiec
W czerwcu obchodziliśmy jego urodziny. Był radosny, szczęśliwy. Dni
były długie i gorące, a noce krótkie lecz namiętne. Zwiedzaliśmy
miasto, chodziliśmy po parku. Przygarnęliśmy starego, zmizerniałego
kota z ulicy. Nie wróżyłem mu długiego życia, lecz on troskliwie się
zajmował kocurem. A ja kochałem wszystko, co on kochał.
Był wieczór, a on nagle zemdlał. Zawiozłem go do szpitala i czekałem
aż się obudzi.
I znów poczułem w sercu strach.
Lipiec
Lipiec był duszny. Temperatura wynosiła ponad trzydzieści stopni a ja
dygotałem z zimna. Tak bardzo się bałem.
Umierał.
Moja miłość, moje ukochane serduszko, mój słodki, piękny chłopiec,
mój złotowłosy, mój kochanek.
Po prostu umierał.
A ja byłem bezsilny.
Wracaliśmy ze szpitala i wtedy mi powiedział.
Nieuleczalnie chory. Od dawna. Niecały miesiąc życia.
Wiedział. Wiedział od roku. I żył pełnią życia.
Żyłem razem z nim i umierałem razem z nim.
I dopiero wtedy zauważyłem jego cienie pod oczami. Przerzedzone
włosy. Jego blada skóra...
Płakałem pół miesiąca, a przez kolejne pół chłonęliśmy życia ile się
dało. Udawał że się nie boi, więc ja też to robiłem. Oddawałem mu
tyle siebie ile tylko mogłem. To był szalony miesiąc.
Rozpaczliwa walka o ulotne chwile szczęścia.
Boże, tak bardzo go kochałem.
Sierpień
W sierpniu zasnął. Odpłynął w spokoju, z pogodnym uśmiechem na
twarzy. Zasnął by już się nie obudzić. Niosłem jego bezwładne ciało
na własnych rękach i taki włożyłem je do trumny. Tuliłem się do niego
i głaskałem jego policzki. Płakałem tak, jak nie płakałem jeszcze
nigdy. Zamknąłem jego piękne oczy a ksiądz wyrwał mi jego dłoń z
uścisku. Gdy zamknęli trumnę i złożyli go do grobu nie mogłem
wydobyć z siebie głosu. Klęczałem i patrzyłem na nagrobek z jego
imieniem. Wiedziałem co zrobię.
Niebo płakało nad nim, ciepłym, letnim deszczem.
Wrzesień
We wrześniu kończę pisać ten notatnik. Robi się zimno ale nie czuję
tego. Ogarnia mnie ta sama cisza co kiedyś. Ale już nic nie jest takie
same.
Znowu go spotkam.
Tak musiało być.
Sięgam po nóż.
Zrobię to szybko... Tęsknię.
Krew wypływa z mojej piersi. To nawet tak bardzo nie boli.
Do zobaczenia... Już niedługo...
Kocham cię.
************************************************************************************
Wiem, że krótkie, ale napisałam to wczoraj w przypływie weny i nie zrobiłam żadnych poprawek.
Autor: Raiah o 05:48 8 komentarze
Etykiety: oneshot
piątek, 14 maja 2010
We wschodach i zachodach (yaoi)
Oneshot.Bezwstydnie zasugerowałam się pewnym opowiadaniem Sylver i samo wyszło. Enjoy.
***************************************************
Mimo woli, z moich ust wyrwało się ciche jęknięcie. To było takie przyjemne... ,,Nie!" moje myśli wrzeszczały bym drapał mojego oprawcę i wyrywał się, lecz gdy poczułem jak wypełniasz mnie, mogłem jedynie krzyknąć z rozkoszy.
Byłeś taki dopasowany do mnie, wypełniałeś mnie, prowadząc do ekstazy... Nie pamiętam kiedy zacząłem z wyuzdaniem jęczeć w twoje ucho, pamiętam za to doskonale moment całkowitego zatracenia. Wiłem się pod tobą jak wynurzony z wody węgorz i minęły minuty nim doszedłem do siebie. To był zdecydowanie najlepszy seks w moim życiu.
Tak naprawdę to wcale nie mam takich ciągot. Jestem absolutnie hetero. Po prostu nie mam siły by się obronić, Tak bardzo chcę odejść...
Twoje oczy zawsze są takie puste...
*
Tak bardzo cię krzywdzę. Dlaczego? Masz prawo mnie nienawidzić. Tak. Jestem potworem. Tak bardzo boję się że cię stracę. Tylko to co ci robię, trzyma cię tutaj prawda? Strach. Powinienem zniknąć, pozwolić żyć w spokoju. Ale...tak bardzo cię kocham, w ten chory sposób...
Leżysz na łóżku, wśród zmiętej pościeli. Widzę, że nie śpisz, czuję jak ból miażdży mi serce i zaciska pętle na szyi. Nalewam wody do szklanki i kładę ją na stoliku, tak byś ją zauważył. Wiem, że pewnie jej nie tkniesz. Wiem, jak bardzo mną gardzisz. Ubieram płaszcz i wychodzę, byle dalej od twojego wzroku.
*
Znowu mnie zraniłeś. Skrzywdziłeś i porzuciłeś. Dałeś mi rozkosz i brutalnie odepchnąłeś. Kolejny raz uciekłeś z domu.
Wróciłeś kolejnego dnia. Nie dotknąłeś mnie jednak. Jak do tego doszło? Przyszedłeś pod mój dom, brudny, zaniedbany. I po prostu zemdlałeś na progu...
Przyjąłem cię pod mój dach.
I ta jedna noc, gdy się upiliśmy...
I choć chciałem byś odszedł, ty nadal tu jesteś. I nadal mnie ranisz. Nie moje ciało, potrafisz być delikatny.
Moją duszę.
*
Obserwuję jak stoisz przy oknie i patrzysz na gasnące niebo. Muszę odejść, obiecałem sobie, że już cię nie tknę. Ale gdy spojrzałeś na mnie tymi smutnymi oczyma...
Przepraszam, przepraszam, przepraszam.
*
Leżę na ziemi, a lekki strumyczek krwi spływa po moim udzie, Jestem całkiem nagi. Jestem brudny. Bolało tak bardzo, że nie mam siły wstać. Bolało tak bardzo jak za pierwszym razem.
Przymknąłem powieki.
Wyszedł i zostawił mnie.
W niejasny sposób wiedziałem, że nie wróci.
5 lat później.
Wschody słońca są zachwycające.
Minęło pięć lat a ja nadal nie mogę o tobie zapomnieć.
Jeżeli ci się poszczęści, już nigdy mnie nie spotkasz.
Mam nowego kochanka. Jest miły słodki, ma wesołe ogniki w oczach. Ale nie kocham go. Nigdy go nie pokocham. Zniszczyłeś mnie.
*
Zachody słońca są piękne.
Odkąd mnie zostawiłeś, minęło tyle czasu. Mam żonę. Mam dziecko w drodze. Ona ma taki podobny odcień włosów do twojego. I silną osobowość. Mam dobrą pracę i nowe mieszkanie. Tamten rozdział, zamknąłem za sobą...
Wracam z żoną do domu. I widzę cię. Ty też mnie zauważasz. Znowu czuję się nagi i bezbronny. I zawstydzająco podniecony. Kim jest mężczyzna obok ciebie? Bezwolnie robię krok w twoją stronę.
*
Jeżeli to sen, to rano się powieszę. Jeżeli nie, to powinienem zrobić to teraz. Patrzysz nie na mnie, ale na mężczyznę za mną. Założę się, że wiesz, kim dla mnie jest.
Ty też nie marnowałeś czasu. Ta kobieta, za plecami. Nosi twoje dziecko. Mam ochotę ją zabić. Albo uciec. Patrzę w oczy mojej miłości. Uciekam.
*
Odszedłeś. Znowu. A ja nie wykonałem najmniejszego gestu. Dlaczego stoję tu jak głupi? Dlaczego?
Moja żona patrzy na mnie, zdziwiona. Podchodzi do mnie i łapie mnie za rękę. Puszczam ją. Widzę jej niedowierzanie i słyszę stukanie jej obcasów gdy szybko odchodzi. Widzę ją, ale nie patrzę.
Pół roku później.
Wracam do domu, starego domu, w którym się wszystko zaczęło. I palę papierosy.
Nie sprzedał go, a ja wiem gdzie leżą zapasowe klucze. Zauważam otwartą szafę. Leżą tam moje rzeczy. Nie wyrzuciłeś ich.
Siadam na ziemi i chowam twarz w dłoniach.
*
Od naszego przypadkowego spotkania kochałem się z żoną tylko raz. Wykrzyknąłem wtedy twoje imię, ale o tym się nie mówi. Ani o tym, że poroniła.
To nie bolało, bo nigdy jej nie kochałem. Próbowałem wypełnić pustkę po tobie. Bo mimo wszystkiego co mi robiłeś, tak bardzo cię pragnąłem.
To już podpada pod homo, prawda?
Dawno tu nie byłem. W naszym domu.
Otwieram cicho drzwi i cię zauważam.
Powinienem się bać, powiedzieć ci byś już tu nie wracał, odejść. A jednak nie potrafię. Podchodzę do ciebie. Widzisz mnie.
*
Widzę go. Stoi przede mną. Mój ideał, który tak bardzo skrzywdziłem.
Nie mam prawa być w tym domu.
Nie mam prawa go dotknąć.
Z jego oczu płyną łzy.
- Zgwałć mnie - słyszę cichy szept.
*
- Zgwałć mnie- słyszę własny głos.
Jęknąłeś.
- Aż tak mnie nienawidzisz?! - wstajesz z podłogi lecz łapię cię za nadgarstek.
Przyciągasz mnie do siebie i obejmujesz.
Za oknem dzień chyli się ku zachodowi. Słyszę jego głos.
- Kocham cię. Tak bardzo bałem się że odejdziesz...Wybacz mi.
Już dawno ci wybaczyłem. Nie mogę powstrzymać łez.
*
Zamierasz w moich ramionach. Teraz pewnie zostawisz mnie... Nie jestem ciebie wart. Z twoich smutnych oczu płyną łzy. Delikatnie ścieram je kciukiem.
Puszczam go. Czuję jak ściągasz mi z pleców koszulę.
*
Rozbieram się. Nie prosisz o to. Potrzebuję cię. Całuję twoje usta. Po chwili czuję cię w sobie. Jęczę. Ból ustępuje powoli przyjemności.
*
Nie rozciągałem cię. Jesteś taki ciasny... Czekam byś mógł się przyzwyczaić. Nie marzyłem że jeszcze kiedyś będę w tobie. Gdy z ust wyrywa ci się jęk, zaczynam się poruszać.
Kocham cię tak mocno, że to aż boli. Dlaczego znów mi się oddałeś?
Dotykam twojego ciała, całuję twój tors, gładzę twoje ramiona. Jęczy i mocniej nabija się na mnie. Całuję jego miękkie wargi.
Wykrzykuję twoje imię, czując spełnienie i rozluźnienie.
Mimo to czuję niedosyt. Po pięciu latach...
Czuję jak blisko jesteś spełnienia. Wychodzę z ciebie prawie do końca i szybko ciągnę twoje biodra w dół. Trafiam w twoją prostatę i robię to samo jeszcze raz. Po chwili wstrząsają tobą dreszcze ekstazy.
- Kocham cię - krzyczysz głośno i opadasz na mój tors, a ja zastanawiam się, czy mi się to aby nie przesłyszało. Czuję jak moje serce zaczyna szybciej bić.
*
Gdy tylko to powiedziałem, wiedziałem że to prawda.
Gdy cię nie było, brakowało mi części siebie.
I czasami wyobrażałem sobie, że mnie dotykasz...
Zwariowałem.
Wyszedłeś ze mnie i postawiłeś na ziemię. Z twoich oczu trysnęły łzy.
Objąłem cię. Bólem przywiązałeś mnie do siebie.
Za naszymi plecami budził się dzień.
************************************************************************************
Napisałam wszystkie ,,ciebie, tobie itd." a potem już nie miałam siły poprawiać na dużą literę. Kolejny niebetowany tekst.
Byłam chora (znowu) i dlatego notka tak późno ;/
Autor: Raiah o 05:51 4 komentarze
