Dzisiaj notki nie będzie, gdyż chcę zrobić małe głosowanie ^^
Mam kilka pomysłów, więc prawem większości zdecydujcie co chcecie przeczytać:
* shounen- ai,
* lekkie yaoi,
* porządne yaoi z serii o Aleste, Treanenie i reszcie,
* ostre yaoi :D
Jak ktoś ma jeszcze jakieś inne propozycje to chętnie wysłucham ;))
Głosujcie!
niedziela, 30 maja 2010
^^
Autor: Raiah o 09:18 7 komentarze
czwartek, 27 maja 2010
Kalendarz (oneshot)
************************************************************************************
Październik
W październiku padał deszcz, który nic nie wnosił do mojego życia.
Szedłem nadal wyznaczoną ścieżką, w monotonnej szarości i nikt i
nic nie mogło wypełnić mojej samotności.
W kałużach, w rynnach, w strumieniach...
Topiłem się. I bałem się, że już nie wrócę na powierzchnię.
Listopad
Zrobiło się zimniej, lecz w sercu cieplej. Ludzie przychodzili i
odchodzili, a ja ich nie zatrzymywałem. Tak było wygodniej. Ubrałem
się ciepło i przeżyłem pierwsze mrozy. Zaczął padać śnieg i pokrywać
białym puchem wszystko dookoła. A gdy zachorowałem, samotnie,
bez nikogo bliskiego i poszedłem szukać szczęścia...
Spotkałem jego.
Grudzień
Lodowate powietrze przenika mi kości. Siedziałem w domu całkiem
sam, zapomniany, sam sobie jestem winien. Odrzuciłem ich
wszystkich. Nie liczyłem z iloma spałem, liczyłem ile zraniłem.
Ani jednego. Żadnemu na mnie nie zależało.
Przepraszam, teraz, bo zapomniałem o nim.
A on przyszedł, w nocy, wypełnił mi ciszę.
Styczeń
W zdeptanym śniegu. W nadziei na słońce. Widziałem jego. Wszędzie.
Był taki kruchy, a zniszczył moją obronę. Tak łatwo mógł wypaść z
moich rąk, a kruszył moje skamieniałe serce. Było tak pięknie...
Miałem tylko jedno postanowienie noworoczne : Nie pozwolić, by coś
mu się stało, nie pozwolić mu zniknąć.
Ja, samolubny egoista.
Luty
Patrzył na pierwsze oznaki wiosny, a ja głaskałem jego piękne włosy.
Pilnowałem by nie zachorował, a gdy mu to mówiłem, śmiał się
gorzko. Nie rozumiałem. Wiedziałem tylko, że kocha mnie tak mocno
jak ja jego. Robiliśmy wszystko co chcieliśmy. Chciał wszystko zaraz,
teraz. Zgadzałem się.
Moje kochane słoneczko, moje słodkie uke...
Marzec
Siedzieliśmy razem na starej ławce. I byliśmy całkiem sami. I nic mi
nie brakowało. Obiecałem mu, że zawsze z nim będę. Mówiłem mu to
co noc, przed snem. Lub po tym jak się kochaliśmy. Nie widziałem,
jak czasem płacze w poduszkę. Stopniał ostatni śnieg i natura
budziła się do życia.
Podziwiałem w słońcu jego bladą skórę.
Kwiecień
Zrywałem mu kwiaty. Codziennie. Związywał swoje włosy w warkocz,
a ja widziałem czasem ich pasma na poduszce. Nie widziałem jego
podkrążonych oczu. Widziałem tylko jak bardzo kocha życie.
Kochaliśmy się na polanie, w domu, w lesie, w pracy. Trzymałem jego
chłodną rękę, nie patrząc na mijających nas ludzi. Całowałem jego
wąskie usta i dziękowałem przeznaczeniu, za każdy dzień z nim.
Każdy dzień był inny, każdy lepszy od poprzedniego.
To była cudowna wiosna.
Maj
Maj był ciepły. Pisał coś zawzięcie w swoim notatniku a zbłąkane
promyki przemykały przez szyby i oświetlały jego twarz. Denerwowały
go moje wieczne obserwacje, więc udawałem że na niego nie patrzę.
Nie był głupi. Wiedział o tym i gdy kończył pisać, wtulał twarz w moje
ramię a ja obejmowałem go mocno. Tak mocno jak tylko mogłem.
Ale wyślizgiwał mi się z rąk. Nie dosłownie. Po prostu czułem, że coś
jest nie tak. I nie pozwalałem mu nigdzie odejść.
Uśmiechał się wtedy, a ja czułem niepokój.
Czerwiec
W czerwcu obchodziliśmy jego urodziny. Był radosny, szczęśliwy. Dni
były długie i gorące, a noce krótkie lecz namiętne. Zwiedzaliśmy
miasto, chodziliśmy po parku. Przygarnęliśmy starego, zmizerniałego
kota z ulicy. Nie wróżyłem mu długiego życia, lecz on troskliwie się
zajmował kocurem. A ja kochałem wszystko, co on kochał.
Był wieczór, a on nagle zemdlał. Zawiozłem go do szpitala i czekałem
aż się obudzi.
I znów poczułem w sercu strach.
Lipiec
Lipiec był duszny. Temperatura wynosiła ponad trzydzieści stopni a ja
dygotałem z zimna. Tak bardzo się bałem.
Umierał.
Moja miłość, moje ukochane serduszko, mój słodki, piękny chłopiec,
mój złotowłosy, mój kochanek.
Po prostu umierał.
A ja byłem bezsilny.
Wracaliśmy ze szpitala i wtedy mi powiedział.
Nieuleczalnie chory. Od dawna. Niecały miesiąc życia.
Wiedział. Wiedział od roku. I żył pełnią życia.
Żyłem razem z nim i umierałem razem z nim.
I dopiero wtedy zauważyłem jego cienie pod oczami. Przerzedzone
włosy. Jego blada skóra...
Płakałem pół miesiąca, a przez kolejne pół chłonęliśmy życia ile się
dało. Udawał że się nie boi, więc ja też to robiłem. Oddawałem mu
tyle siebie ile tylko mogłem. To był szalony miesiąc.
Rozpaczliwa walka o ulotne chwile szczęścia.
Boże, tak bardzo go kochałem.
Sierpień
W sierpniu zasnął. Odpłynął w spokoju, z pogodnym uśmiechem na
twarzy. Zasnął by już się nie obudzić. Niosłem jego bezwładne ciało
na własnych rękach i taki włożyłem je do trumny. Tuliłem się do niego
i głaskałem jego policzki. Płakałem tak, jak nie płakałem jeszcze
nigdy. Zamknąłem jego piękne oczy a ksiądz wyrwał mi jego dłoń z
uścisku. Gdy zamknęli trumnę i złożyli go do grobu nie mogłem
wydobyć z siebie głosu. Klęczałem i patrzyłem na nagrobek z jego
imieniem. Wiedziałem co zrobię.
Niebo płakało nad nim, ciepłym, letnim deszczem.
Wrzesień
We wrześniu kończę pisać ten notatnik. Robi się zimno ale nie czuję
tego. Ogarnia mnie ta sama cisza co kiedyś. Ale już nic nie jest takie
same.
Znowu go spotkam.
Tak musiało być.
Sięgam po nóż.
Zrobię to szybko... Tęsknię.
Krew wypływa z mojej piersi. To nawet tak bardzo nie boli.
Do zobaczenia... Już niedługo...
Kocham cię.
************************************************************************************
Wiem, że krótkie, ale napisałam to wczoraj w przypływie weny i nie zrobiłam żadnych poprawek.
Autor: Raiah o 05:48 8 komentarze
Etykiety: oneshot
piątek, 14 maja 2010
We wschodach i zachodach (yaoi)
Oneshot.Bezwstydnie zasugerowałam się pewnym opowiadaniem Sylver i samo wyszło. Enjoy.
***************************************************
Mimo woli, z moich ust wyrwało się ciche jęknięcie. To było takie przyjemne... ,,Nie!" moje myśli wrzeszczały bym drapał mojego oprawcę i wyrywał się, lecz gdy poczułem jak wypełniasz mnie, mogłem jedynie krzyknąć z rozkoszy.
Byłeś taki dopasowany do mnie, wypełniałeś mnie, prowadząc do ekstazy... Nie pamiętam kiedy zacząłem z wyuzdaniem jęczeć w twoje ucho, pamiętam za to doskonale moment całkowitego zatracenia. Wiłem się pod tobą jak wynurzony z wody węgorz i minęły minuty nim doszedłem do siebie. To był zdecydowanie najlepszy seks w moim życiu.
Tak naprawdę to wcale nie mam takich ciągot. Jestem absolutnie hetero. Po prostu nie mam siły by się obronić, Tak bardzo chcę odejść...
Twoje oczy zawsze są takie puste...
*
Tak bardzo cię krzywdzę. Dlaczego? Masz prawo mnie nienawidzić. Tak. Jestem potworem. Tak bardzo boję się że cię stracę. Tylko to co ci robię, trzyma cię tutaj prawda? Strach. Powinienem zniknąć, pozwolić żyć w spokoju. Ale...tak bardzo cię kocham, w ten chory sposób...
Leżysz na łóżku, wśród zmiętej pościeli. Widzę, że nie śpisz, czuję jak ból miażdży mi serce i zaciska pętle na szyi. Nalewam wody do szklanki i kładę ją na stoliku, tak byś ją zauważył. Wiem, że pewnie jej nie tkniesz. Wiem, jak bardzo mną gardzisz. Ubieram płaszcz i wychodzę, byle dalej od twojego wzroku.
*
Znowu mnie zraniłeś. Skrzywdziłeś i porzuciłeś. Dałeś mi rozkosz i brutalnie odepchnąłeś. Kolejny raz uciekłeś z domu.
Wróciłeś kolejnego dnia. Nie dotknąłeś mnie jednak. Jak do tego doszło? Przyszedłeś pod mój dom, brudny, zaniedbany. I po prostu zemdlałeś na progu...
Przyjąłem cię pod mój dach.
I ta jedna noc, gdy się upiliśmy...
I choć chciałem byś odszedł, ty nadal tu jesteś. I nadal mnie ranisz. Nie moje ciało, potrafisz być delikatny.
Moją duszę.
*
Obserwuję jak stoisz przy oknie i patrzysz na gasnące niebo. Muszę odejść, obiecałem sobie, że już cię nie tknę. Ale gdy spojrzałeś na mnie tymi smutnymi oczyma...
Przepraszam, przepraszam, przepraszam.
*
Leżę na ziemi, a lekki strumyczek krwi spływa po moim udzie, Jestem całkiem nagi. Jestem brudny. Bolało tak bardzo, że nie mam siły wstać. Bolało tak bardzo jak za pierwszym razem.
Przymknąłem powieki.
Wyszedł i zostawił mnie.
W niejasny sposób wiedziałem, że nie wróci.
5 lat później.
Wschody słońca są zachwycające.
Minęło pięć lat a ja nadal nie mogę o tobie zapomnieć.
Jeżeli ci się poszczęści, już nigdy mnie nie spotkasz.
Mam nowego kochanka. Jest miły słodki, ma wesołe ogniki w oczach. Ale nie kocham go. Nigdy go nie pokocham. Zniszczyłeś mnie.
*
Zachody słońca są piękne.
Odkąd mnie zostawiłeś, minęło tyle czasu. Mam żonę. Mam dziecko w drodze. Ona ma taki podobny odcień włosów do twojego. I silną osobowość. Mam dobrą pracę i nowe mieszkanie. Tamten rozdział, zamknąłem za sobą...
Wracam z żoną do domu. I widzę cię. Ty też mnie zauważasz. Znowu czuję się nagi i bezbronny. I zawstydzająco podniecony. Kim jest mężczyzna obok ciebie? Bezwolnie robię krok w twoją stronę.
*
Jeżeli to sen, to rano się powieszę. Jeżeli nie, to powinienem zrobić to teraz. Patrzysz nie na mnie, ale na mężczyznę za mną. Założę się, że wiesz, kim dla mnie jest.
Ty też nie marnowałeś czasu. Ta kobieta, za plecami. Nosi twoje dziecko. Mam ochotę ją zabić. Albo uciec. Patrzę w oczy mojej miłości. Uciekam.
*
Odszedłeś. Znowu. A ja nie wykonałem najmniejszego gestu. Dlaczego stoję tu jak głupi? Dlaczego?
Moja żona patrzy na mnie, zdziwiona. Podchodzi do mnie i łapie mnie za rękę. Puszczam ją. Widzę jej niedowierzanie i słyszę stukanie jej obcasów gdy szybko odchodzi. Widzę ją, ale nie patrzę.
Pół roku później.
Wracam do domu, starego domu, w którym się wszystko zaczęło. I palę papierosy.
Nie sprzedał go, a ja wiem gdzie leżą zapasowe klucze. Zauważam otwartą szafę. Leżą tam moje rzeczy. Nie wyrzuciłeś ich.
Siadam na ziemi i chowam twarz w dłoniach.
*
Od naszego przypadkowego spotkania kochałem się z żoną tylko raz. Wykrzyknąłem wtedy twoje imię, ale o tym się nie mówi. Ani o tym, że poroniła.
To nie bolało, bo nigdy jej nie kochałem. Próbowałem wypełnić pustkę po tobie. Bo mimo wszystkiego co mi robiłeś, tak bardzo cię pragnąłem.
To już podpada pod homo, prawda?
Dawno tu nie byłem. W naszym domu.
Otwieram cicho drzwi i cię zauważam.
Powinienem się bać, powiedzieć ci byś już tu nie wracał, odejść. A jednak nie potrafię. Podchodzę do ciebie. Widzisz mnie.
*
Widzę go. Stoi przede mną. Mój ideał, który tak bardzo skrzywdziłem.
Nie mam prawa być w tym domu.
Nie mam prawa go dotknąć.
Z jego oczu płyną łzy.
- Zgwałć mnie - słyszę cichy szept.
*
- Zgwałć mnie- słyszę własny głos.
Jęknąłeś.
- Aż tak mnie nienawidzisz?! - wstajesz z podłogi lecz łapię cię za nadgarstek.
Przyciągasz mnie do siebie i obejmujesz.
Za oknem dzień chyli się ku zachodowi. Słyszę jego głos.
- Kocham cię. Tak bardzo bałem się że odejdziesz...Wybacz mi.
Już dawno ci wybaczyłem. Nie mogę powstrzymać łez.
*
Zamierasz w moich ramionach. Teraz pewnie zostawisz mnie... Nie jestem ciebie wart. Z twoich smutnych oczu płyną łzy. Delikatnie ścieram je kciukiem.
Puszczam go. Czuję jak ściągasz mi z pleców koszulę.
*
Rozbieram się. Nie prosisz o to. Potrzebuję cię. Całuję twoje usta. Po chwili czuję cię w sobie. Jęczę. Ból ustępuje powoli przyjemności.
*
Nie rozciągałem cię. Jesteś taki ciasny... Czekam byś mógł się przyzwyczaić. Nie marzyłem że jeszcze kiedyś będę w tobie. Gdy z ust wyrywa ci się jęk, zaczynam się poruszać.
Kocham cię tak mocno, że to aż boli. Dlaczego znów mi się oddałeś?
Dotykam twojego ciała, całuję twój tors, gładzę twoje ramiona. Jęczy i mocniej nabija się na mnie. Całuję jego miękkie wargi.
Wykrzykuję twoje imię, czując spełnienie i rozluźnienie.
Mimo to czuję niedosyt. Po pięciu latach...
Czuję jak blisko jesteś spełnienia. Wychodzę z ciebie prawie do końca i szybko ciągnę twoje biodra w dół. Trafiam w twoją prostatę i robię to samo jeszcze raz. Po chwili wstrząsają tobą dreszcze ekstazy.
- Kocham cię - krzyczysz głośno i opadasz na mój tors, a ja zastanawiam się, czy mi się to aby nie przesłyszało. Czuję jak moje serce zaczyna szybciej bić.
*
Gdy tylko to powiedziałem, wiedziałem że to prawda.
Gdy cię nie było, brakowało mi części siebie.
I czasami wyobrażałem sobie, że mnie dotykasz...
Zwariowałem.
Wyszedłeś ze mnie i postawiłeś na ziemię. Z twoich oczu trysnęły łzy.
Objąłem cię. Bólem przywiązałeś mnie do siebie.
Za naszymi plecami budził się dzień.
************************************************************************************
Napisałam wszystkie ,,ciebie, tobie itd." a potem już nie miałam siły poprawiać na dużą literę. Kolejny niebetowany tekst.
Byłam chora (znowu) i dlatego notka tak późno ;/
Autor: Raiah o 05:51 4 komentarze
środa, 14 kwietnia 2010
Ogłoszenie
Przepraszam że nie dodałam żadnej notki przez dłuższy czas, ale mam wirusa na laptopie i on mi wszystko powyłączał wrrr...
A ponieważ dorwałam się do tego starego grata jakim zwę mój stacjonarny staroć ( gadam bez składu i ładu) x() to notka powinna być jutro chyba że zapomnę z powodu swojej młodzieńczej amnezji (na coś trzeba zwalić) :))
Nie wiem tylko czy dać jakiegoś oneshota czy zacząć coś dłuższego, chętnie przystanę na jakąś propozycję :D
Autor: Raiah o 11:32 0 komentarze
czwartek, 25 marca 2010
Aleste (yaoi)
Dedykuję Silris i Asioce(?)
********************************************************************************
Chłopak patrzył swoimi bystrymi, zielonymi oczami na odchodzącego
mężczyznę. Poklepał wierzchowca i lekko dotknął boków konia
ostrogami by zwierzę ruszyło. Gdy zagłębili się w las, westchnął i
nabrał do nozdrzy rześkiego zapachu świeżych liści. Postanowił po
drodze do stadniny, wstąpić do wioski posilić się i nakarmić konia.
Gdy zbliżali się do osady, mężczyzna zsiadł z wierzchowca i
poprowadził go te ostatnie kilka metrów. Odmachał kilku znajomym i
przywiązał konia do płotka przy drewnianym, prowizorycznym domu.
,,Lepiej taki niż żadny" - pomyślał i wszedł do środka. Wymienił męski
uścisk z braćmi oraz ucałował matkę. Zdążył akurat na porę obiadu.
Chwilę później postawiono na stole wielki parujący garnek z dobrze
wyglądającą zawartością. Oblizał się i spojrzał na braci rzucając im
groźne spojrzenia. Po chwili garnek wręcz fruwał w powietrzu między
przepychającymi się chłopcami. Zielonookiemu udało się dźgnąć
widelcem stek i uśmiechał się zwycięsko do pozostałych. Ich
spojrzenia mówiły że zaraz nadejdzie odwet. Gdy najstarszy z
rodzeństwa właśnie ciągnął go za włosy, ich matka weszła do kuchni.
- Lerrian, puść swojego brata- westchnęła i spojrzała na
zielonookiego- Treanen co znowu zrobiłeś? Jest was piątka a robicie
więcej zamieszania niż cała wioska razem wzięta - długo nie pożyję z
waszą gromadą- pięć par oczu spojrzało na nią błagalnie - jeszcze
jeden numer a będziecie sobie gotować SAMI.
- 0j, mamuś - pocałował kobietę w policzek - Za bardzo nas kochasz,
by nas porzucić.
- A chciałam mieć słodką córeczkę, za co mnie Bóg pokarał -
pokręciła zrezygnowana głową - Znikajcie zanim zdemolujecie coś
jeszcze.
Treanen zaśmiał się cicho. Wstał z krzesła i dołączył do Lerriana,
który kierował się do stadniny. Chłopak mruknął coś pod nosem na
widok brata i poklepał karego konia po grzbiecie.
- Lerry, mogę pomóc ci dziś w obchodzie po wioskach? - spojrzał na
niego nadzieją.
- A co ci przydzielono?
- Mam posprzątać w zagrodzie dla zwierząt - skrzywił się gdy w jego
wyobraźni pojawił się obraz nie sprzątanego od tygodni chlewu i jego
okolic. Za swoje knąbrne zachowanie ojciec przydzielił mu to
haniebne zadanie. Młody mężczyzna ani myślał to robić. ,,Jestem po to
by się bić, a nie sprzątać w oborze!"
- Hah, Trey, no chcesz się wywinąć co? Pomyślimy. - zrobił krok z
zamiarem odejścia.
- Braciszku, zlituj się - złapał mężczyznę za ramię.
- Czemu miałbym? Zasłużyłeś.
- Proszę.
- Ostatni raz robię ci przysługę. Co się odwlecze, to nie uciecze
wiesz?
- Wiem- uśmiechnął się - Trea, nie Trey ok?
- Dobrze... Trey - starszy z rodzeństwa wyszczerzył zęby i podszedł do
wędrownych handlarzy jedwabiu.
****************************************************
W sąsiednich wioskach nic się nie działo, oprócz sporadycznych
rabunków, grupa jeźdźców z przed kilku dni nie wróciła do miasta.
Chłopak ziewnął i wygodniej ułożył się w siodle. Koń szedł spokojnie w
stronę kolejnej osady, więc Treanen przymknął oczy i wsłuchał się w
śpiew ptaków. Słońce wyszło zza chmur i zrobiło się przyjemnie
ciepło. Usłyszał hałas i otworzył jedno oko. Z oddali dobiegały czyjeś
podniecone głosy i szczęk metalu. Jeźdźcy przyśpieszyli. Na dużym,
zalesionym placu stali chyba wszyscy mieszkańcy wioski. W rękach
trzymali grabie i inne sprzęty przeznaczone do pracy na roli a które w
tej chwili pełniły niejako inną funkcję. Mieszkańcy sprzeczali się ze
sobą, ale ich oczy utkwione były w grupkę związanych osób stojących
na podwyższeniu. Kilka z nich klęczało, jednak żaden z nich nie
odezwał się. Mężczyźni spojrzeli na tłum i zrozumieli. Związanymi
osobami byli rabusie z niecałego tygodnia temu. Ci, dzięki którym
poznał Waliou. Spojrzał na nich z pogardą. Dał znak by jego
towarzysze podjechali z nim bliżej wściekłego tłumu. Gdy kopyta koni
zaszeleściły na żwirze oczy zgromadzonych zwróciły się na nich. Trey
przełknął ślinę. Choć nigdy by się do tego nie przyznał, poczuł ulgę
gdy Lerrian odezwał się za niego.
- Przybywamy z centralnej wioski. Czy ci mężczyźni...
- To rabusie i podpalacze! Straciliśmy przez nich wiele surowców i
złota! - przerwał mu starszy mężczyzna o butnym wyrazie twarzy -
Ukrywali się w lesie. Zrobiliśmy zasadzkę.
- Co z nimi teraz zrobicie? - spytał Trea
- Zabijemy! - podniosły się okrzyki.
Chłopak spojrzał na związanych mężczyzn. Wyglądali na ludzi, którzy
rabują opłacani przez kogoś. Byli dobrze ubrani, choć ich twarze, ręce
i nogi były osmalone, miejscami obdarte jakby byli ciągnięci po ziemi.
Białka ich oczu były dobrze widoczne na ich lekko przerażonych
twarzach. Treanen pomyślał że mimo wszystko nie zasługują na
śmierć z rąk wściekłego tłumu.
- Nie zabijajcie ich - bezmyślnie powiedział chłopak zanim zdał sobie
sprawę co robi.
Tłum spojrzał na niego ze zdziwieniem i zamilkł.
Mężczyzna zacisnął rękę na nożu schowanym w pochwie, dodając
sobie odwagi i podniósł wysoko głowę.
- Sądzę, że oni są tylko rabusiami na wynajem. Prawda?- z wachaniem
zwrócił głowę w stronę jednego z nich, chłopaka z którego twarzy nie
dało się nic wyczytać. Na pozór spokojne oczy, spojrzały na niego.
- Prawda, panie - odpowiedział bez wachania.
Tłum zaczął szeptać między sobą.
- To nie zmienia faktu że są poprostu śmieciami!
- Jeżeli tu wrócą, zabijcie ich. Jednak nie sądze by to zrobili. Niech
oddadzą zrabowane dobra...oraz naprawią szkody. Potem ich
wypuście - spojrzał na skwaszoną twarz Lerriana.
- A jeżeli spróbują uciekać?
- Przypilnujemy ich z moim bratem.
Tłum zaczął dyskutować i bez słowa ludzie zaczęli rozchodzić się do
domostw.
- Wiesz co kazałeś nam robić? Pilnować więźniów! - brat warknął na
niego cicho - Sam to rób cholero!
- Kazałbyś ich zabić?- szepnął w odpowiedzi.
Mężczyzna zawachał się, po czym popędził konia w stronę więźniów.
****************************************************
Głośne okrzyki nadzorujących pracę wieśniaków, zagłuszały odgłosy
zwalanych pni. Treanen uważnie przyglądał się więźniom, lecz w
końcu znudzony oparł się na pniu i począł przyglądać się każdemu po
kolei. Wyglądali niecodziennie. Włosy mieli w odcieniach czerwieni,
od bordowego po pomarańczowożółty i rudy. W większości mieli je
krótko obcięte w finezyjne wzory jednak jeden z nich się wyróżniał.
Króczoczarne włosy upięte w kok wysadzaną drogocennymi
kamieniami klamrą błyszczały w niemiłosiernych promieniach słońca.
Gdy postać się odwróciła stwierdził iż to ten sam chłopak, który
odpowiedział mu na ,,Wielkim Przesłuchaniu". Dopiero teraz zauważył
że jego skóra pokryta była białym pudrem tworząc całkowitą maskę.
Trean nigdy czegoś takiego nie widział. Niemalże żółte oczy spojrzały
na niego nie wyrażając żadnej emocji. Zezłościło go to. Podszedł do
jednego z więźniów z włosami koloru burgundu.
- Kto jest waszym przywódcą?
- Nie ma go tutaj panie - wycedził niechętnie mężczyzna.
- Kłamiesz - przyłożył mu do gardła nóż, z którym się nigdy nie
rozstawał. Miał z nim związane parę miłych wspomnień.
Tamten nie odpowiedział znając swoją sytuację jednak Trea usłyszał
za plecami spokojny głos.
- Ja - odpowiedział żółtooki.
- Rozumiem - właśnie takiej odpowiedzi oczekiwał. Schował nóż i
pociągnął czarnowłosego za linę na szyi. Posadził go na konia, cały
czas trzymając mocno pętlę i usiadł za nim. Gdyby boss próbował coś
kombinować, zaciśnie sznur. Złapał wodzę i ruszył do swojej wioski
układając w głowie jakiś plan.
- Powinieneś się cieszyć że nie musisz już ścinać drzew na nowe
chaty. Pomożesz mojej matce w gospodzie - szepnął mu do ucha.
Podróż przebiegła spokojnie, choć niebo zachmurzyło się i zaczęło
kropić. Chłopak rozpuścił długie włosy więźnia i usłyszał cichy
warknięcie. Zaśmiał się cicho, lecz po chwili jęknął niemo. Jechali w
deszczu i niechętnie ich ciała przylegały do siebie. Poczuł jak robi mu
się gorąco i starał za bardzo nie ruszać się w siodle bo ciągle ocierał
się o mężczyznę z przodu. Zimne podmuchy wiatru rozwiewały włosy i
roznosiły ich lawendowy zapach. Żółtooki napewno poczuł już że
Treanen jest podniecony. Syknął cicho i przesunął się do przodu.
Chłopak poczuł że jest zażenowany jak jeszcze nigdy. Gdy dojechali,
szybko zszedł i pociągnął czarnowłosego za sobą. W domu było pusto
co było rzadkością i musiało oznaczać że rodzinka jest na jakimś
zebraniu. Nie zastanawiał się jednak nad tym dłużej. Ponieważ teraz
lało jak z cebra, stwierdził że znajdzie trochę deszczówki. Podszedł do
niewyrażającego jakichkolwiek emocji mężczyzny i spojrzał na niego
butnie. Włożył palca do wody, a następnie dotknął nim twarzy więźnia.
Mokra kropka spłynęła z jego policzka, lecz był on tak samo biały jak
wcześniej.
- Jak się nazywasz?
- Aleste - odparł.
- A nazwisko masz? - odparł rozdrażniony niezachwianym spokojem
mężczyzny.
- Seiahn.
- Rozumiem - jego nazwisko nic mu nie mówiło, ale zdawało mu się że
gdzieś już je słyszał.
- Pokaż mi swoją twarz.
- Nie - usłyszał coś na kształt śmiechu. Gorzkiego śmiechu.
Przyciągnął go do siebie i ponieważ żółtooki wyglądał na słabszego
od niego, zdjął z niego siłą jego ubranie i zostawił na nim tylko długą
do uda, białą koszulę. Siłą pochylił go tak, że mężczyzna klęczał przed
balią z wodą poczym siłą zanurzył w niej jego twarz. Tamten szybko
wychylił głowę parskając. Wyglądał pięknie, mokry i blady. Treanen
kierował się tylko instynktami, a patrzenie na tortury Alesta sprawiały
mu ogromną rozkosz. Nie poznawał sam siebię. Gdy na potkał
spojrzenie mężczyzny zobaczył w nim gorycz i smutek. Zamierzał
puścić chłopaka, lecz gdyż stał za nim, otarł się o niego i usłyszał
cichy jęk z ust chłopaka i drżenie. Gdyby nie był w tamtym momencie
rozgorączkowany pewnie by go to zdziwiło lecz teraz poprostu
przeważyło szalę. Obrócił Alesta i wpił się w jego wargi, jedną ręką
odpinając spodnie. Ponieważ mężczyzna nie miał już tej części
garderoby, zdjął mu tylko koszulę i począł robić malinki na jego
torsie, drugą ręką dotykając męskości chłopaka. Wiedział że jeżeli
teraz się nie wycofa to nie będzie odwrotu. Spojrzał na twarz Seiahna
i zamarł. Usta miał rozchylone i czerwone a oczy błyszczały. Widział
jego emocje i poczuł ekstazę. Wiedział że powinien przygotować
Alesta ale chybaby zwariował musząc czekać choć chwilę dłużej.
Żółtooki też to widział ponieważ poślinił swoje palce i pomagał
Treyowi. Ten przyciągnął szybko jego biodra i zaczął się chaotycznie
poruszać. Po chwili jednak zdał sobię sprawę że krzywdzi chłopaka,
gdyż w jego oczach pojawiły się łzy. By pomóc mu się przyzwyczaić
zaczął poruszać dłonią na jego członku i gdy Aleste się rozluźnił
zaczął się poruszać coraz szybciej. Słyszał głośne jęki mężczyzny i gdy
tamten wyszeptał prośbę by przyśpieszył, zaczął posuwać go jak
szalony. Usłyszał westchnięcie i wytrysk mężczyzny i niemal widział
przed oczami czerwone plamy. Po chwili poczuł ogarniające go
spełnienie w każdej komórce swojego ciała z siłą tsunami i zmęczony
opadł na Alesta. Pogładził jego piękne czarne włosy z dziwnym
rozczuleniem. Powoli wyszedł z niego i położył się obok. Spojrzał w
żółte oczy. Chłopak uśmiechnął się do niego zawadiacko choć z
pewną dozą rezerwy.
- Jak cię zwą zielonooki?
- Treanen. Z nazwiska Lauy Tenn.
- Dobrze wiedzieć - zaśmiał się i pocałował go gorąco.
****************************************************
Trzy miesiące później.
Treanen stał na tarasie swojego nowego domu i patrzył na
zachmurzone niebo. Ciszy nie zakłócało nic oprócz szumu wiatru w
koronach drzew i odgłosu fletu. Uśmiechnął się do siebie i podszedł
do ,,źródła dźwięku" czerwone usta oderwały się od instrumentu i
złączyły się z jego ustami w geście rodzącego się uczucia. Spojrzał w
żółte oczy kochanka ( <-czy po trzech miesiącach to już podchodzi
pod miano kochanka, Silris? ^^).
- Twoja cera już jest taka biała, to nie puder, pięknie - powiedział
nawiedzonym głosem. Ciągle nie mógł uwierzyć że w końcu wygrał
batalię i siedzi w swoim domu ze swoim kochankiem. Westchnął do
swoich wspomnień.
Po wspólnej nocy udał się do Lerriana gdyż był nie tylko jego bratem
ale też przyjacielem. Poczuł zawód. Brat nie tylko go nie wysłuchał,
ale też chciał powiedzieć o tym reszcie braci. No cóż, on też nie był
bez winy, zaszantażował go czymś czego później żałował. Poszedł
porozmawiać z ojcem na temat budowy jego domu. Gdy ojciec
dowiedział się przypadkiem że Aleste jego ,,chłopakiem" wpadł w
szał. Nie mógł jednak nic poradzić choć rodzina traktowała go jakby
był już wyklęty. Dyonil, drugi z kolei najstarszy z jego braci powiedział
mu że faktycznie słyszał gdzieś nazwisko Seiahn. Była to potężna
rodzina powiązana z mafią. Chcąc, nie chcąc, Aleste opowiedział mu
o swojej przeszłości. Treanen wybaczył mu ją ponieważ rozumiał że
chłopak nie miał za dużego wyboru. Ponieważ jednak nie był w
rodzinie nikim ważnym nie będą go szukać. Powiedział mu też z
czasem że jest bękartem. Trea nie rozumiał obaw kochanka i nie
obchodziło go kim był on w przeszłości. Mieli siebię. I tyle.
Jakiś miesiąc temu wypuszczono więźniów i chłopak bał się że Aleste
odejdzie. Tego dnia, kochanek wyznał mu miłość.
Razem stali i patrzyli na oddalających się jeźdźców.
Treanen wiedział że odnalazł swoje miejsce u boku żółtookiego i że
już nigdy nie będzie pomagał złamanym sercom innych mężczyzn.
Miał nadzieję że Waliou jest szczęśliwy.
On jest i to cholernie.
**********************************************************
Jeżeli ktoś to przeczyta to niech to skomentuję jakoś proszę, bo natrudziłam się z tym cholerstwem.
Autor: Raiah o 08:21 1 komentarze
Etykiety: yaoi
niedziela, 21 marca 2010
...
Zastanawiam się nad dodaniem oneshota w najbliższych dniach czy zacząć coś dłuższego dzisiaj.
Cóż nie mam żadnej motywacji, to mnie trochę gasi.
Autor: Raiah o 08:34 0 komentarze
niedziela, 7 marca 2010
4.Początek na Wzgórzach Wiśni (koniec)
Dla tej wrednoty, bety, Yo Ane.
*************************************************
Zmierzchało. Czarne, gradowe chmury zbierały się nad koronami drzew. Poczuł mokrą krople na ramieniu. Przyśpieszył. Wiatr był coraz bardziej
porywisty, rozwiewał jego włosy i stawiał opór przy każdym kroku. Deszcz zacinał mu prosto w twarz i chłostał z mocą. Zmoczony i zdeterminowany
Myahuay kierował się w wyższe partie gór. Trząsł się z zimna. ,,Ailoh tak szybko wyszedł. Ubrał się tylko w tunikę. Myahuay ty idioto." Było już niemal
czarno. Mężczyzna nie zwolnił, nie zatrzymał się, biegł na oślep. Niebo przecięła błyskawica. Usłyszał huk i trzask. Nagle uslyszał przeraźliwy wrzask.
Ten głos rozpoznał odrazu.
- Ailoh! Nie!
Pobiegł co sił w nogach, potykając się i raniąc boleśnie, w kierunku, z którego usłyszał głos chłopaka. Zatrzymał się przerażony. Poczuł jak staje mu
serce. Jak obłąkany kucnął z oczami utkwionymi w ciało. Ailoh leżał przygnieciony przez konar młodego drzewa. Pień nie był jeszcze bardzo szeroki, ale
upadek mógł okazać się śmiertelny.
- Ailoh...- pogładził chłopca po policzku.
Zauważył że powieki chłopaka poruszyły się i otworzył oczy. Z nadzieją, zdjął konar z mężczyzny. Uniósł go lekko do góry za ramiona.
- Myah...- usłyszał cichy głos.
- Ailoh, przepraszam, nie umieraj - jęknął rozpaczliwie.
- To...boli...
- Błagam, żyj! Posłuchaj, byłem zły i rozgoryczony, ja... - wreszcie zrozumiał swoje uczucia. Poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła - ja...cię kocham!
Łzy leciały mu z ich oczu. Ailoh przyłożył rękę do policzka Myaha. Ten ostrożnie podniósł go z ziemi. Serce mu się krajało widząc ból w oczach
ukochanego. W myślach błagał by duchy nie pozwoliły mu umrzeć. Nie wiedział, w którą stronę się skierować.
- Ailoh...
- Idź...w górę. Kawałek z tąd jest chata uzdrowiciela. Szybciej, ja... zasypiam...
Myahuay szedł jak najszybciej umiał, ale bał się że zrobi krzywdę ukochanemu. Całą siłą woli powstrzymał się, by nie przerzucić ukochanego przez
ramię i nie popędzić naprzód. Bał się. Okropnie się bał. Powoli ogarniała go rozpacz. Szedł i czuł jak ciałko chłopaka zimnieje. Zauważył w oddali blask
pochodni.
- Chata uzdrowiciela!- krzyknął i popędził w kierunku światła.
Na zielonym pokryciu, w strugach deszczu, siedział stary, pomarszczony niczym suszona śliwka, całkiem siwy staruszek. Broda sięgała mu kolan. Ujrzał
ich i wstał szybko, wręczając Myahuayowi zioła i ostrą w zapachu maść. Spuścił nogi Ailoha na ziemię i pomógł przenieść chłopca do wnętrza chaty.
Myah trząsł się ze strachu o Ailoha i zdenerwowania, ufał jednak sprawnym i pewnym ruchom starca, gdy ten smarował emulsją otwarte rany
ukochanego. Wskazał też ręką na bukłak z wodą i nakazał napoić nim pacjenta. Serce Myahuaya skakało z radości, widząc jak usta kochanka nabierają
koloru a policzki różowieją. Czuł się jak jeszcze nigdy w życiu. Spłynęła na niego niewyobrażalna ulga. Pochylił się do ucha mężczyzny i szepnął;
- Ailoh jestem tu z tobą. Twój. Na zawsze - uśmiechnął się czule i spojrzał w ukochane oczy.
- Na zawsze.
*************************************************************************************
- Kolacja! - delikatna męska dłoń, ciągnęła go w stronę salonu. Myahuay nie oponował zbytnio. Spoglądał na tę roześmianą twarz z lekko wystawioym
różowym języczkiem, ubranego w czerwony fartuch.
- Już idę moja kobieto - uśmiechnął się zadziornie.
Alioh posłał mu mordercze spojrzenie. Nie gniewał się jednak długo, tylko wepchnął mężczyznę do salonu.
- Pachnie wyśmienicie
- Wiem - wyszczerzył się.
- Nie szczerz się tak - powiedział Myah z poważnym wyrazem twarzy.
- Dlaczego?
- Bo będę musiał scałować ci ten uśmiech - objął chłopaka - Choć i tak to zrobię - uśmiechnął się i złączył ich usta.
Myahuay pomyślał o tym wszystkim co go spotkało.
I dziękował niebiosom za to.
*********************************************************************************
Krótkie i przesłodzone, wiem, ale inaczej się zakończyć nie dało :D
Mam już kilka nowych pomysłów więc notka będzie niedługo ;)
;*
Autor: Raiah o 13:33 1 komentarze
Etykiety: yaoi
czwartek, 4 marca 2010
Ty.
Twoje usta. Twoja blada cera. Twoje niebiesko-zielone oczy, które są
trochę inne zależnie od światła. Twoje jasnobrązowe włosy, którym
pozwoliłeś trochę urosnąć. Twój głos. Twoje ciepłe ciało. Twoje palce,
twoje ręcę, twój uśmiech. Twoje piękno w środku i na zewnątrz.
Twoje skupienie gdy grasz. Twój wzrok, którego nie mogę
rozszyfrować. Ty.
Chcę dotknąć twoich ust, pogłaskać cię po policzku, zachwycić się
jego fakturą. Chcę obserwować twoje oczy gdy jesteś w cieniu, gdy
patrzysz na zachodzące słońce, lub wtedy, gdy jest w zenicie. Chcę
wpleść palce w twoje włosy i wdychać ich zapach. Chcę ci powiedzieć
żebyś ich nigdy nie ścinał. Chcę usiąść koło ciebie i byś szeptał do
mnie, by twój głos przepływał przez moją głowę i spłynął jak balsam
na moje serce. Chcę byś mnie przytulił, ale nie tak krótko, chcę
wtulić się w ciebie, chcę czuć twoje silne ramiona obejmujące mnie.
Chcę byś mnie nie wypuścił z nich dopóki nie stracę oddechu i nie
padnę martwy na posadzkę. Chcę całować twoje palce, twoje ręcę,
chcę całować twoje usta, o których marzę, każdy centymetr twojej
skóry. Chcę poznać całą twoją duszę i całe twoje ciało, chcę ukochać
każde twoje westchnienie i łagodzić cię gdy jesteś zdenerwowany.
Chcę być twoją tarczą, murem, wyzwoleniem. Chcę byś pokładał we
mnie, ufał we mnie, kochał we mnie, był we mnie. Chcę umrzeć za
miłość w twoim spojrzeniu, umrzeć za radość, wdzięczność, za
wszystko oprócz litości. Chcę cię zrozumieć. Chcę ciebie dla siebie,
tylko dla siebie, zawsze dla siebie.
Kocham Cię.
****************************
Wiersz mojego autorstwa, w pierwowzorze hetero ale ostatnio chodzą mi po głowie wiersze boyxboy. Proszę nie kopiować ani nie podawać jako swoje a będę przeszczęśliwa.
:) Notkę dodam niedługo.
Autor: Raiah o 07:40 1 komentarze
Etykiety: Wiersze
czwartek, 25 lutego 2010
Komunikat
Nowa notka będzie, jak ktoś skomentuje poprzednie bo chyba nikt tego nie czyta, więc nie będę się męczyć i się zawodzić.
Autor: Raiah o 07:49 1 komentarze
czwartek, 18 lutego 2010
3.Początek na Wzgórzach Wiśni
Myah leżał głową w poduszce i wdychał jej liliowy zapach. Skóra nie
była mocno napięta więc krew nie spływała mu już po plecach. Czuł
się jednak jakby ktoś przypiekał go rozżarzonym prętem. Jęknął z
bólu.
- Odpręż się - poczuł jak ktoś delikatnie siada na jego tyłku i wciera
chłodną maść w jego rany. Mimo pieczenia krew w nim zawrzała.
Bólu prawie nie czuł, ale wszystkie mięśnie mu się spięły i miał
nadzieję że Ailoh tego nie zauważy. Czuł długie, chłodne palce na
plecach, łagodnie krążące po jego barkach. Chciał powiedzieć jakiś
komplement tak uzdolnionemu masażyście ale poduszka skutecznie
zatkała mu buzię i wolał się nie poślinić. Przymknął oczy i skupił się
na cudownym dotyku dłoni. Jedna z rąk zaczęła umiejętnie masować
jego głowę i bawić sie jego krótkimi włosami. Zawsze przy tym
zasypiał. A nie chciał teraz tak po prostu zasnąć... Po chwili już
głośno chrapał.
Po jakimś czasie zbudził się gdy poczuł jak dłonie Ailoh badały jego
usta, twarz. Otorzył oczy by pokazać że już nie śpi. Gdy palce chciały
oderwać się od jego skóry, przytrzymał jej rękę. Wiedział że i ona to
czuje. Prąd przepływał przez ich ciała. Wziął powoli jednego palca
dziewczyny do ust. Usłyszał jak dziewczyna gwałtownie nabiera
powietrza. Przeniósł usta na nadgarstek i przygryzł wrażliwą skórę
zapewne robiąc malinkę. Następnie przeniósł usta na ucho i polizał je,
przygryzając płatek. Gdy chciał ją pocałować, Ailoh delikatnie położyła
palec na jego ustach.
- Nie. Rano.
Poczuł że wstaje i wychodzi z pokoju. Był zdziwiony ale przygotowany
na odrzucenie. Pomyślał że posłucha rady swojej opiekunki i prześpi
się. Zamknął oczy i wyrzucił wszelkie myśli z głowy.
Świt jego zdaniem przyszedł za szybko.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
( czas rzeczywisty - przypominam, cała akcja jest wspomnieniami
Myaha! dop.od.autorki)
Myah powoli uniósł powieki i ujrzał że jest już ciemno. Potrząsnął
głową a z jego włosów wypadło kilka płatków wiśni. ,,Chyba zapadłem
za głęboko w podświadomość. Huh." Powoli złość z niego uchodziła i
ustępowała miejsca smutkowi i rozżaleniu. Było tak dobrze.
Naprawdę dobrze. I chyba tak jest nawet lepiej. A on to z własnej woli
porzuca. I co z tego że się pomylił? Jest ok. Dostał więcej niż mu się
należy. Powinien zapomnieć... albo coś zrobić.
Myahuay podjął już decyzję.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
,,Otworzył oczy i zamiast ciemności zauważył światło wlewające się
do pokoju. Zrozumiał. To już dziś. Wyskoczył z łóżka w poszukiwaniu
Ailoh. Chciał wreszcie zobaczyć kobietę, która tak długo się nim
zajmowała i tyle dla niego znaczyła. Skierował się do pokoju
gościnnego. Pierwsze co zauważył, to mleczne ciało leżące w
pościeli. Delikatnie obrysowane plecy a na nich burza
ciemnobrązowych włosów o miedzianym blasku. Jego gość widocznie
spał nago. Nagle ciałko obróciło się i lekko przykryło od pasa w dół
kołdrą. Mężczyzna pomyślał że coś jest nie w porządku. Podszedł
bliżej a świadomość uderzyła w niego z całą mocą. Poczuł jak osuwa
się na ziemię. Oparł głowę na rękach. Było mu słabo. Zamknął oczy.
- Myah coś się stało? Jak tu weszłeś? Mogłeś upaść! - usłyszał
zmartwiony głos nad sobą. Otworzył oczy i spojrzał w górę.
- Ailoh...Dlaczego? Dlaczego?
Smutne oczy stojącego przed nim chłopaka błysnęły nagłym zrozumieniem.
- Nie pytałeś, a ja wiedziałem że lepiej byś nie wiedział.
- Dlatego szeptałeś - powiedział z goryczą i wyrzutem.
- Myah, kocham cię! - wybuchnął. Złapał mężczyznę za ramiona a z jego oczu popłynęły łzy. Myahuay odwrócił wzrok.
- Myślałem że jesteś kobietą. Pozwoliłeś mi tak myśleć! Okłamałeś
mnie!
- Strażnik mi kazał tak zrobić. Powiedział że inaczej nie przyjmiesz
mnie.
- Ailoh... Odejdź - brzydził się nim i czuł gorycz.
Po policzku chłopaka spłynęły łzy. Nieporadnie wstał.
- Wybacz mi kiedyś.
Mężczyzna nic nie powiedział. Usłyszał odgłos zamykanych drzwi i
pozwolił uczuciom wypłynąć. Łza spłynęła po jego policzku a późńiej
następna. Poczuł rozpacz, następnie złość, zaczął wszystko niszczyć,
aż w końcu poczuł się wyrzuty. Nic nie czuł."
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
(teraźniejszy dop.)Ale jest tu i teraz. Myah biegł jak najszybciej mógł.
****************************************************
Łatwo się pogubić z tymi odniesieniami bo nawiązuję tu do pierwszej
części czyli tego co dzieje się TERAZ natomiast reszta to
wspomnienia (czyli ślepota,poznanie Ailoha aż do rozstania). To nie
jest ostatnia część, będzie jeszcze jedna :)
Autor: Raiah o 06:06 1 komentarze
