BLOGGER TEMPLATES AND TWITTER BACKGROUNDS »

środa, 14 kwietnia 2010

Ogłoszenie

Przepraszam że nie dodałam żadnej notki przez dłuższy czas, ale mam wirusa na laptopie i on mi wszystko powyłączał wrrr...
A ponieważ dorwałam się do tego starego grata jakim zwę mój stacjonarny staroć ( gadam bez składu i ładu) x() to notka powinna być jutro chyba że zapomnę z powodu swojej młodzieńczej amnezji (na coś trzeba zwalić) :))
Nie wiem tylko czy dać jakiegoś oneshota czy zacząć coś dłuższego, chętnie przystanę na jakąś propozycję :D

czwartek, 25 marca 2010

Aleste (yaoi)

Dedykuję Silris i Asioce(?)
********************************************************************************
Chłopak patrzył swoimi bystrymi, zielonymi oczami na odchodzącego
mężczyznę. Poklepał wierzchowca i lekko dotknął boków konia
ostrogami by zwierzę ruszyło. Gdy zagłębili się w las, westchnął i
nabrał do nozdrzy rześkiego zapachu świeżych liści. Postanowił po
drodze do stadniny, wstąpić do wioski posilić się i nakarmić konia.
Gdy zbliżali się do osady, mężczyzna zsiadł z wierzchowca i
poprowadził go te ostatnie kilka metrów. Odmachał kilku znajomym i
przywiązał konia do płotka przy drewnianym, prowizorycznym domu.
,,Lepiej taki niż żadny" - pomyślał i wszedł do środka. Wymienił męski
uścisk z braćmi oraz ucałował matkę. Zdążył akurat na porę obiadu.
Chwilę później postawiono na stole wielki parujący garnek z dobrze
wyglądającą zawartością. Oblizał się i spojrzał na braci rzucając im
groźne spojrzenia. Po chwili garnek wręcz fruwał w powietrzu między
przepychającymi się chłopcami. Zielonookiemu udało się dźgnąć
widelcem stek i uśmiechał się zwycięsko do pozostałych. Ich
spojrzenia mówiły że zaraz nadejdzie odwet. Gdy najstarszy z
rodzeństwa właśnie ciągnął go za włosy, ich matka weszła do kuchni.
- Lerrian, puść swojego brata- westchnęła i spojrzała na
zielonookiego- Treanen co znowu zrobiłeś? Jest was piątka a robicie
więcej zamieszania niż cała wioska razem wzięta - długo nie pożyję z
waszą gromadą- pięć par oczu spojrzało na nią błagalnie - jeszcze
jeden numer a będziecie sobie gotować SAMI.
- 0j, mamuś - pocałował kobietę w policzek - Za bardzo nas kochasz,
by nas porzucić.
- A chciałam mieć słodką córeczkę, za co mnie Bóg pokarał -
pokręciła zrezygnowana głową - Znikajcie zanim zdemolujecie coś
jeszcze.
Treanen zaśmiał się cicho. Wstał z krzesła i dołączył do Lerriana,
który kierował się do stadniny. Chłopak mruknął coś pod nosem na
widok brata i poklepał karego konia po grzbiecie.
- Lerry, mogę pomóc ci dziś w obchodzie po wioskach? - spojrzał na
niego nadzieją.
- A co ci przydzielono?
- Mam posprzątać w zagrodzie dla zwierząt - skrzywił się gdy w jego
wyobraźni pojawił się obraz nie sprzątanego od tygodni chlewu i jego
okolic. Za swoje knąbrne zachowanie ojciec przydzielił mu to
haniebne zadanie. Młody mężczyzna ani myślał to robić. ,,Jestem po to
by się bić, a nie sprzątać w oborze!"
- Hah, Trey, no chcesz się wywinąć co? Pomyślimy. - zrobił krok z
zamiarem odejścia.
- Braciszku, zlituj się - złapał mężczyznę za ramię.
- Czemu miałbym? Zasłużyłeś.
- Proszę.
- Ostatni raz robię ci przysługę. Co się odwlecze, to nie uciecze
wiesz?
- Wiem- uśmiechnął się - Trea, nie Trey ok?
- Dobrze... Trey - starszy z rodzeństwa wyszczerzył zęby i podszedł do
wędrownych handlarzy jedwabiu.
****************************************************
W sąsiednich wioskach nic się nie działo, oprócz sporadycznych
rabunków, grupa jeźdźców z przed kilku dni nie wróciła do miasta.
Chłopak ziewnął i wygodniej ułożył się w siodle. Koń szedł spokojnie w
stronę kolejnej osady, więc Treanen przymknął oczy i wsłuchał się w
śpiew ptaków. Słońce wyszło zza chmur i zrobiło się przyjemnie
ciepło. Usłyszał hałas i otworzył jedno oko. Z oddali dobiegały czyjeś
podniecone głosy i szczęk metalu. Jeźdźcy przyśpieszyli. Na dużym,
zalesionym placu stali chyba wszyscy mieszkańcy wioski. W rękach
trzymali grabie i inne sprzęty przeznaczone do pracy na roli a które w
tej chwili pełniły niejako inną funkcję. Mieszkańcy sprzeczali się ze
sobą, ale ich oczy utkwione były w grupkę związanych osób stojących
na podwyższeniu. Kilka z nich klęczało, jednak żaden z nich nie
odezwał się. Mężczyźni spojrzeli na tłum i zrozumieli. Związanymi
osobami byli rabusie z niecałego tygodnia temu. Ci, dzięki którym
poznał Waliou. Spojrzał na nich z pogardą. Dał znak by jego
towarzysze podjechali z nim bliżej wściekłego tłumu. Gdy kopyta koni
zaszeleściły na żwirze oczy zgromadzonych zwróciły się na nich. Trey
przełknął ślinę. Choć nigdy by się do tego nie przyznał, poczuł ulgę
gdy Lerrian odezwał się za niego.
- Przybywamy z centralnej wioski. Czy ci mężczyźni...
- To rabusie i podpalacze! Straciliśmy przez nich wiele surowców i
złota! - przerwał mu starszy mężczyzna o butnym wyrazie twarzy -
Ukrywali się w lesie. Zrobiliśmy zasadzkę.
- Co z nimi teraz zrobicie? - spytał Trea
- Zabijemy! - podniosły się okrzyki.
Chłopak spojrzał na związanych mężczyzn. Wyglądali na ludzi, którzy
rabują opłacani przez kogoś. Byli dobrze ubrani, choć ich twarze, ręce
i nogi były osmalone, miejscami obdarte jakby byli ciągnięci po ziemi.
Białka ich oczu były dobrze widoczne na ich lekko przerażonych
twarzach. Treanen pomyślał że mimo wszystko nie zasługują na
śmierć z rąk wściekłego tłumu.
- Nie zabijajcie ich - bezmyślnie powiedział chłopak zanim zdał sobie
sprawę co robi.
Tłum spojrzał na niego ze zdziwieniem i zamilkł.
Mężczyzna zacisnął rękę na nożu schowanym w pochwie, dodając
sobie odwagi i podniósł wysoko głowę.
- Sądzę, że oni są tylko rabusiami na wynajem. Prawda?- z wachaniem
zwrócił głowę w stronę jednego z nich, chłopaka z którego twarzy nie
dało się nic wyczytać. Na pozór spokojne oczy, spojrzały na niego.
- Prawda, panie - odpowiedział bez wachania.
Tłum zaczął szeptać między sobą.
- To nie zmienia faktu że są poprostu śmieciami!
- Jeżeli tu wrócą, zabijcie ich. Jednak nie sądze by to zrobili. Niech
oddadzą zrabowane dobra...oraz naprawią szkody. Potem ich
wypuście - spojrzał na skwaszoną twarz Lerriana.
- A jeżeli spróbują uciekać?
- Przypilnujemy ich z moim bratem.
Tłum zaczął dyskutować i bez słowa ludzie zaczęli rozchodzić się do
domostw.
- Wiesz co kazałeś nam robić? Pilnować więźniów! - brat warknął na
niego cicho - Sam to rób cholero!
- Kazałbyś ich zabić?- szepnął w odpowiedzi.
Mężczyzna zawachał się, po czym popędził konia w stronę więźniów.
****************************************************
Głośne okrzyki nadzorujących pracę wieśniaków, zagłuszały odgłosy
zwalanych pni. Treanen uważnie przyglądał się więźniom, lecz w
końcu znudzony oparł się na pniu i począł przyglądać się każdemu po
kolei. Wyglądali niecodziennie. Włosy mieli w odcieniach czerwieni,
od bordowego po pomarańczowożółty i rudy. W większości mieli je
krótko obcięte w finezyjne wzory jednak jeden z nich się wyróżniał.
Króczoczarne włosy upięte w kok wysadzaną drogocennymi
kamieniami klamrą błyszczały w niemiłosiernych promieniach słońca.
Gdy postać się odwróciła stwierdził iż to ten sam chłopak, który
odpowiedział mu na ,,Wielkim Przesłuchaniu". Dopiero teraz zauważył
że jego skóra pokryta była białym pudrem tworząc całkowitą maskę.
Trean nigdy czegoś takiego nie widział. Niemalże żółte oczy spojrzały
na niego nie wyrażając żadnej emocji. Zezłościło go to. Podszedł do
jednego z więźniów z włosami koloru burgundu.
- Kto jest waszym przywódcą?
- Nie ma go tutaj panie - wycedził niechętnie mężczyzna.
- Kłamiesz - przyłożył mu do gardła nóż, z którym się nigdy nie
rozstawał. Miał z nim związane parę miłych wspomnień.
Tamten nie odpowiedział znając swoją sytuację jednak Trea usłyszał
za plecami spokojny głos.
- Ja - odpowiedział żółtooki.
- Rozumiem - właśnie takiej odpowiedzi oczekiwał. Schował nóż i
pociągnął czarnowłosego za linę na szyi. Posadził go na konia, cały
czas trzymając mocno pętlę i usiadł za nim. Gdyby boss próbował coś
kombinować, zaciśnie sznur. Złapał wodzę i ruszył do swojej wioski
układając w głowie jakiś plan.
- Powinieneś się cieszyć że nie musisz już ścinać drzew na nowe
chaty. Pomożesz mojej matce w gospodzie - szepnął mu do ucha.
Podróż przebiegła spokojnie, choć niebo zachmurzyło się i zaczęło
kropić. Chłopak rozpuścił długie włosy więźnia i usłyszał cichy
warknięcie. Zaśmiał się cicho, lecz po chwili jęknął niemo. Jechali w
deszczu i niechętnie ich ciała przylegały do siebie. Poczuł jak robi mu
się gorąco i starał za bardzo nie ruszać się w siodle bo ciągle ocierał
się o mężczyznę z przodu. Zimne podmuchy wiatru rozwiewały włosy i
roznosiły ich lawendowy zapach. Żółtooki napewno poczuł już że
Treanen jest podniecony. Syknął cicho i przesunął się do przodu.
Chłopak poczuł że jest zażenowany jak jeszcze nigdy. Gdy dojechali,
szybko zszedł i pociągnął czarnowłosego za sobą. W domu było pusto
co było rzadkością i musiało oznaczać że rodzinka jest na jakimś
zebraniu. Nie zastanawiał się jednak nad tym dłużej. Ponieważ teraz
lało jak z cebra, stwierdził że znajdzie trochę deszczówki. Podszedł do
niewyrażającego jakichkolwiek emocji mężczyzny i spojrzał na niego
butnie. Włożył palca do wody, a następnie dotknął nim twarzy więźnia.
Mokra kropka spłynęła z jego policzka, lecz był on tak samo biały jak
wcześniej.
- Jak się nazywasz?
- Aleste - odparł.
- A nazwisko masz? - odparł rozdrażniony niezachwianym spokojem
mężczyzny.
- Seiahn.
- Rozumiem - jego nazwisko nic mu nie mówiło, ale zdawało mu się że
gdzieś już je słyszał.
- Pokaż mi swoją twarz.
- Nie - usłyszał coś na kształt śmiechu. Gorzkiego śmiechu.
Przyciągnął go do siebie i ponieważ żółtooki wyglądał na słabszego
od niego, zdjął z niego siłą jego ubranie i zostawił na nim tylko długą
do uda, białą koszulę. Siłą pochylił go tak, że mężczyzna klęczał przed
balią z wodą poczym siłą zanurzył w niej jego twarz. Tamten szybko
wychylił głowę parskając. Wyglądał pięknie, mokry i blady. Treanen
kierował się tylko instynktami, a patrzenie na tortury Alesta sprawiały
mu ogromną rozkosz. Nie poznawał sam siebię. Gdy na potkał
spojrzenie mężczyzny zobaczył w nim gorycz i smutek. Zamierzał
puścić chłopaka, lecz gdyż stał za nim, otarł się o niego i usłyszał
cichy jęk z ust chłopaka i drżenie. Gdyby nie był w tamtym momencie
rozgorączkowany pewnie by go to zdziwiło lecz teraz poprostu
przeważyło szalę. Obrócił Alesta i wpił się w jego wargi, jedną ręką
odpinając spodnie. Ponieważ mężczyzna nie miał już tej części
garderoby, zdjął mu tylko koszulę i począł robić malinki na jego
torsie, drugą ręką dotykając męskości chłopaka. Wiedział że jeżeli
teraz się nie wycofa to nie będzie odwrotu. Spojrzał na twarz Seiahna
i zamarł. Usta miał rozchylone i czerwone a oczy błyszczały. Widział
jego emocje i poczuł ekstazę. Wiedział że powinien przygotować
Alesta ale chybaby zwariował musząc czekać choć chwilę dłużej.
Żółtooki też to widział ponieważ poślinił swoje palce i pomagał
Treyowi. Ten przyciągnął szybko jego biodra i zaczął się chaotycznie
poruszać. Po chwili jednak zdał sobię sprawę że krzywdzi chłopaka,
gdyż w jego oczach pojawiły się łzy. By pomóc mu się przyzwyczaić
zaczął poruszać dłonią na jego członku i gdy Aleste się rozluźnił
zaczął się poruszać coraz szybciej. Słyszał głośne jęki mężczyzny i gdy
tamten wyszeptał prośbę by przyśpieszył, zaczął posuwać go jak
szalony. Usłyszał westchnięcie i wytrysk mężczyzny i niemal widział
przed oczami czerwone plamy. Po chwili poczuł ogarniające go
spełnienie w każdej komórce swojego ciała z siłą tsunami i zmęczony
opadł na Alesta. Pogładził jego piękne czarne włosy z dziwnym
rozczuleniem. Powoli wyszedł z niego i położył się obok. Spojrzał w
żółte oczy. Chłopak uśmiechnął się do niego zawadiacko choć z
pewną dozą rezerwy.
- Jak cię zwą zielonooki?
- Treanen. Z nazwiska Lauy Tenn.
- Dobrze wiedzieć - zaśmiał się i pocałował go gorąco.
****************************************************
Trzy miesiące później.
Treanen stał na tarasie swojego nowego domu i patrzył na
zachmurzone niebo. Ciszy nie zakłócało nic oprócz szumu wiatru w
koronach drzew i odgłosu fletu. Uśmiechnął się do siebie i podszedł
do ,,źródła dźwięku" czerwone usta oderwały się od instrumentu i
złączyły się z jego ustami w geście rodzącego się uczucia. Spojrzał w
żółte oczy kochanka ( <-czy po trzech miesiącach to już podchodzi
pod miano kochanka, Silris? ^^).
- Twoja cera już jest taka biała, to nie puder, pięknie - powiedział
nawiedzonym głosem. Ciągle nie mógł uwierzyć że w końcu wygrał
batalię i siedzi w swoim domu ze swoim kochankiem. Westchnął do
swoich wspomnień.
Po wspólnej nocy udał się do Lerriana gdyż był nie tylko jego bratem
ale też przyjacielem. Poczuł zawód. Brat nie tylko go nie wysłuchał,
ale też chciał powiedzieć o tym reszcie braci. No cóż, on też nie był
bez winy, zaszantażował go czymś czego później żałował. Poszedł
porozmawiać z ojcem na temat budowy jego domu. Gdy ojciec
dowiedział się przypadkiem że Aleste jego ,,chłopakiem" wpadł w
szał. Nie mógł jednak nic poradzić choć rodzina traktowała go jakby
był już wyklęty. Dyonil, drugi z kolei najstarszy z jego braci powiedział
mu że faktycznie słyszał gdzieś nazwisko Seiahn. Była to potężna
rodzina powiązana z mafią. Chcąc, nie chcąc, Aleste opowiedział mu
o swojej przeszłości. Treanen wybaczył mu ją ponieważ rozumiał że
chłopak nie miał za dużego wyboru. Ponieważ jednak nie był w
rodzinie nikim ważnym nie będą go szukać. Powiedział mu też z
czasem że jest bękartem. Trea nie rozumiał obaw kochanka i nie
obchodziło go kim był on w przeszłości. Mieli siebię. I tyle.
Jakiś miesiąc temu wypuszczono więźniów i chłopak bał się że Aleste
odejdzie. Tego dnia, kochanek wyznał mu miłość.
Razem stali i patrzyli na oddalających się jeźdźców.
Treanen wiedział że odnalazł swoje miejsce u boku żółtookiego i że
już nigdy nie będzie pomagał złamanym sercom innych mężczyzn.
Miał nadzieję że Waliou jest szczęśliwy.
On jest i to cholernie.
**********************************************************
Jeżeli ktoś to przeczyta to niech to skomentuję jakoś proszę, bo natrudziłam się z tym cholerstwem.

niedziela, 21 marca 2010

...

Zastanawiam się nad dodaniem oneshota w najbliższych dniach czy zacząć coś dłuższego dzisiaj.
Cóż nie mam żadnej motywacji, to mnie trochę gasi.

niedziela, 7 marca 2010

4.Początek na Wzgórzach Wiśni (koniec)

Dla tej wrednoty, bety, Yo Ane.
*************************************************
Zmierzchało. Czarne, gradowe chmury zbierały się nad koronami drzew. Poczuł mokrą krople na ramieniu. Przyśpieszył. Wiatr był coraz bardziej
porywisty, rozwiewał jego włosy i stawiał opór przy każdym kroku. Deszcz zacinał mu prosto w twarz i chłostał z mocą. Zmoczony i zdeterminowany
Myahuay kierował się w wyższe partie gór. Trząsł się z zimna. ,,Ailoh tak szybko wyszedł. Ubrał się tylko w tunikę. Myahuay ty idioto." Było już niemal
czarno. Mężczyzna nie zwolnił, nie zatrzymał się, biegł na oślep. Niebo przecięła błyskawica. Usłyszał huk i trzask. Nagle uslyszał przeraźliwy wrzask.
Ten głos rozpoznał odrazu.
- Ailoh! Nie!
Pobiegł co sił w nogach, potykając się i raniąc boleśnie, w kierunku, z którego usłyszał głos chłopaka. Zatrzymał się przerażony. Poczuł jak staje mu
serce. Jak obłąkany kucnął z oczami utkwionymi w ciało. Ailoh leżał przygnieciony przez konar młodego drzewa. Pień nie był jeszcze bardzo szeroki, ale
upadek mógł okazać się śmiertelny.
- Ailoh...- pogładził chłopca po policzku.
Zauważył że powieki chłopaka poruszyły się i otworzył oczy. Z nadzieją, zdjął konar z mężczyzny. Uniósł go lekko do góry za ramiona.
- Myah...- usłyszał cichy głos.
- Ailoh, przepraszam, nie umieraj - jęknął rozpaczliwie.
- To...boli...
- Błagam, żyj! Posłuchaj, byłem zły i rozgoryczony, ja... - wreszcie zrozumiał swoje uczucia. Poczuł jak żołądek podchodzi mu do gardła - ja...cię kocham!
Łzy leciały mu z ich oczu. Ailoh przyłożył rękę do policzka Myaha. Ten ostrożnie podniósł go z ziemi. Serce mu się krajało widząc ból w oczach
ukochanego. W myślach błagał by duchy nie pozwoliły mu umrzeć. Nie wiedział, w którą stronę się skierować.
- Ailoh...
- Idź...w górę. Kawałek z tąd jest chata uzdrowiciela. Szybciej, ja... zasypiam...
Myahuay szedł jak najszybciej umiał, ale bał się że zrobi krzywdę ukochanemu. Całą siłą woli powstrzymał się, by nie przerzucić ukochanego przez
ramię i nie popędzić naprzód. Bał się. Okropnie się bał. Powoli ogarniała go rozpacz. Szedł i czuł jak ciałko chłopaka zimnieje. Zauważył w oddali blask
pochodni.
- Chata uzdrowiciela!- krzyknął i popędził w kierunku światła.
Na zielonym pokryciu, w strugach deszczu, siedział stary, pomarszczony niczym suszona śliwka, całkiem siwy staruszek. Broda sięgała mu kolan. Ujrzał
ich i wstał szybko, wręczając Myahuayowi zioła i ostrą w zapachu maść. Spuścił nogi Ailoha na ziemię i pomógł przenieść chłopca do wnętrza chaty.
Myah trząsł się ze strachu o Ailoha i zdenerwowania, ufał jednak sprawnym i pewnym ruchom starca, gdy ten smarował emulsją otwarte rany
ukochanego. Wskazał też ręką na bukłak z wodą i nakazał napoić nim pacjenta. Serce Myahuaya skakało z radości, widząc jak usta kochanka nabierają
koloru a policzki różowieją. Czuł się jak jeszcze nigdy w życiu. Spłynęła na niego niewyobrażalna ulga. Pochylił się do ucha mężczyzny i szepnął;
- Ailoh jestem tu z tobą. Twój. Na zawsze - uśmiechnął się czule i spojrzał w ukochane oczy.
- Na zawsze.
*************************************************************************************
- Kolacja! - delikatna męska dłoń, ciągnęła go w stronę salonu. Myahuay nie oponował zbytnio. Spoglądał na tę roześmianą twarz z lekko wystawioym
różowym języczkiem, ubranego w czerwony fartuch.
- Już idę moja kobieto - uśmiechnął się zadziornie.
Alioh posłał mu mordercze spojrzenie. Nie gniewał się jednak długo, tylko wepchnął mężczyznę do salonu.
- Pachnie wyśmienicie
- Wiem - wyszczerzył się.
- Nie szczerz się tak - powiedział Myah z poważnym wyrazem twarzy.
- Dlaczego?
- Bo będę musiał scałować ci ten uśmiech - objął chłopaka - Choć i tak to zrobię - uśmiechnął się i złączył ich usta.
Myahuay pomyślał o tym wszystkim co go spotkało.
I dziękował niebiosom za to.
*********************************************************************************
Krótkie i przesłodzone, wiem, ale inaczej się zakończyć nie dało :D
Mam już kilka nowych pomysłów więc notka będzie niedługo ;)
;*

czwartek, 4 marca 2010

Ty.

Twoje usta. Twoja blada cera. Twoje niebiesko-zielone oczy, które są
trochę inne zależnie od światła. Twoje jasnobrązowe włosy, którym
pozwoliłeś trochę urosnąć. Twój głos. Twoje ciepłe ciało. Twoje palce,
twoje ręcę, twój uśmiech. Twoje piękno w środku i na zewnątrz.
Twoje skupienie gdy grasz. Twój wzrok, którego nie mogę
rozszyfrować. Ty.
Chcę dotknąć twoich ust, pogłaskać cię po policzku, zachwycić się
jego fakturą. Chcę obserwować twoje oczy gdy jesteś w cieniu, gdy
patrzysz na zachodzące słońce, lub wtedy, gdy jest w zenicie. Chcę
wpleść palce w twoje włosy i wdychać ich zapach. Chcę ci powiedzieć
żebyś ich nigdy nie ścinał. Chcę usiąść koło ciebie i byś szeptał do
mnie, by twój głos przepływał przez moją głowę i spłynął jak balsam
na moje serce. Chcę byś mnie przytulił, ale nie tak krótko, chcę
wtulić się w ciebie, chcę czuć twoje silne ramiona obejmujące mnie.
Chcę byś mnie nie wypuścił z nich dopóki nie stracę oddechu i nie
padnę martwy na posadzkę. Chcę całować twoje palce, twoje ręcę,
chcę całować twoje usta, o których marzę, każdy centymetr twojej
skóry. Chcę poznać całą twoją duszę i całe twoje ciało, chcę ukochać
każde twoje westchnienie i łagodzić cię gdy jesteś zdenerwowany.
Chcę być twoją tarczą, murem, wyzwoleniem. Chcę byś pokładał we
mnie, ufał we mnie, kochał we mnie, był we mnie. Chcę umrzeć za
miłość w twoim spojrzeniu, umrzeć za radość, wdzięczność, za
wszystko oprócz litości. Chcę cię zrozumieć. Chcę ciebie dla siebie,
tylko dla siebie, zawsze dla siebie.
Kocham Cię.
****************************
Wiersz mojego autorstwa, w pierwowzorze hetero ale ostatnio chodzą mi po głowie wiersze boyxboy. Proszę nie kopiować ani nie podawać jako swoje a będę przeszczęśliwa.
:) Notkę dodam niedługo.

czwartek, 25 lutego 2010

Komunikat

Nowa notka będzie, jak ktoś skomentuje poprzednie bo chyba nikt tego nie czyta, więc nie będę się męczyć i się zawodzić.

czwartek, 18 lutego 2010

3.Początek na Wzgórzach Wiśni

Myah leżał głową w poduszce i wdychał jej liliowy zapach. Skóra nie
była mocno napięta więc krew nie spływała mu już po plecach. Czuł
się jednak jakby ktoś przypiekał go rozżarzonym prętem. Jęknął z
bólu.
- Odpręż się - poczuł jak ktoś delikatnie siada na jego tyłku i wciera
chłodną maść w jego rany. Mimo pieczenia krew w nim zawrzała.
Bólu prawie nie czuł, ale wszystkie mięśnie mu się spięły i miał
nadzieję że Ailoh tego nie zauważy. Czuł długie, chłodne palce na
plecach, łagodnie krążące po jego barkach. Chciał powiedzieć jakiś
komplement tak uzdolnionemu masażyście ale poduszka skutecznie
zatkała mu buzię i wolał się nie poślinić. Przymknął oczy i skupił się
na cudownym dotyku dłoni. Jedna z rąk zaczęła umiejętnie masować
jego głowę i bawić sie jego krótkimi włosami. Zawsze przy tym
zasypiał. A nie chciał teraz tak po prostu zasnąć... Po chwili już
głośno chrapał.
Po jakimś czasie zbudził się gdy poczuł jak dłonie Ailoh badały jego
usta, twarz. Otorzył oczy by pokazać że już nie śpi. Gdy palce chciały
oderwać się od jego skóry, przytrzymał jej rękę. Wiedział że i ona to
czuje. Prąd przepływał przez ich ciała. Wziął powoli jednego palca
dziewczyny do ust. Usłyszał jak dziewczyna gwałtownie nabiera
powietrza. Przeniósł usta na nadgarstek i przygryzł wrażliwą skórę
zapewne robiąc malinkę. Następnie przeniósł usta na ucho i polizał je,
przygryzając płatek. Gdy chciał ją pocałować, Ailoh delikatnie położyła
palec na jego ustach.
- Nie. Rano.
Poczuł że wstaje i wychodzi z pokoju. Był zdziwiony ale przygotowany
na odrzucenie. Pomyślał że posłucha rady swojej opiekunki i prześpi
się. Zamknął oczy i wyrzucił wszelkie myśli z głowy.
Świt jego zdaniem przyszedł za szybko.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
( czas rzeczywisty - przypominam, cała akcja jest wspomnieniami
Myaha! dop.od.autorki)
Myah powoli uniósł powieki i ujrzał że jest już ciemno. Potrząsnął
głową a z jego włosów wypadło kilka płatków wiśni. ,,Chyba zapadłem
za głęboko w podświadomość. Huh." Powoli złość z niego uchodziła i
ustępowała miejsca smutkowi i rozżaleniu. Było tak dobrze.
Naprawdę dobrze. I chyba tak jest nawet lepiej. A on to z własnej woli
porzuca. I co z tego że się pomylił? Jest ok. Dostał więcej niż mu się
należy. Powinien zapomnieć... albo coś zrobić.
Myahuay podjął już decyzję.
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
,,Otworzył oczy i zamiast ciemności zauważył światło wlewające się
do pokoju. Zrozumiał. To już dziś. Wyskoczył z łóżka w poszukiwaniu
Ailoh. Chciał wreszcie zobaczyć kobietę, która tak długo się nim
zajmowała i tyle dla niego znaczyła. Skierował się do pokoju
gościnnego. Pierwsze co zauważył, to mleczne ciało leżące w
pościeli. Delikatnie obrysowane plecy a na nich burza
ciemnobrązowych włosów o miedzianym blasku. Jego gość widocznie
spał nago. Nagle ciałko obróciło się i lekko przykryło od pasa w dół
kołdrą. Mężczyzna pomyślał że coś jest nie w porządku. Podszedł
bliżej a świadomość uderzyła w niego z całą mocą. Poczuł jak osuwa
się na ziemię. Oparł głowę na rękach. Było mu słabo. Zamknął oczy.
- Myah coś się stało? Jak tu weszłeś? Mogłeś upaść! - usłyszał
zmartwiony głos nad sobą. Otworzył oczy i spojrzał w górę.
- Ailoh...Dlaczego? Dlaczego?
Smutne oczy stojącego przed nim chłopaka błysnęły nagłym zrozumieniem.
- Nie pytałeś, a ja wiedziałem że lepiej byś nie wiedział.
- Dlatego szeptałeś - powiedział z goryczą i wyrzutem.
- Myah, kocham cię! - wybuchnął. Złapał mężczyznę za ramiona a z jego oczu popłynęły łzy. Myahuay odwrócił wzrok.
- Myślałem że jesteś kobietą. Pozwoliłeś mi tak myśleć! Okłamałeś
mnie!
- Strażnik mi kazał tak zrobić. Powiedział że inaczej nie przyjmiesz
mnie.
- Ailoh... Odejdź - brzydził się nim i czuł gorycz.
Po policzku chłopaka spłynęły łzy. Nieporadnie wstał.
- Wybacz mi kiedyś.
Mężczyzna nic nie powiedział. Usłyszał odgłos zamykanych drzwi i
pozwolił uczuciom wypłynąć. Łza spłynęła po jego policzku a późńiej
następna. Poczuł rozpacz, następnie złość, zaczął wszystko niszczyć,
aż w końcu poczuł się wyrzuty. Nic nie czuł."
XXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXX
(teraźniejszy dop.)Ale jest tu i teraz. Myah biegł jak najszybciej mógł.
****************************************************
Łatwo się pogubić z tymi odniesieniami bo nawiązuję tu do pierwszej
części czyli tego co dzieje się TERAZ natomiast reszta to
wspomnienia (czyli ślepota,poznanie Ailoha aż do rozstania). To nie
jest ostatnia część, będzie jeszcze jedna :)

wtorek, 9 lutego 2010

Romance cz.II (ostatnia)

Dawno nie dodałam notki, jestem niedobra :(
********************************************************************************
Waliou ziewnął i otworzył oczy. Zasłony były rozsunięte i światło
wpadało do środka. Mężczyzna potarł oczy ręką i wysunął się z
pościeli. Wokół była cisza, drzwi były zamknięte a na stoliczku
zauważył zapasowy kluczyk. Spojrzał?Zauważył szklany wazon z
czerwoną różą. Uśmiechnął się pod nosem. ,,Stara znajoma zapewne
przewidziała, że zostanę na noc. Ja... Muszę z nią porozmawiać.
Romance..." Rozmarzyl się. Ubrał koszulę i naciągnął spodnie.
Usłyszał szczęk zamka.
- Romance? - odwrócił się i poczul zawód.
- Nie kochaniutki, to ja. Dobrze spałeś?
- Tak- uśmiechnął się - Gdzie jest Romance?
- Romance... wiesz, kazał tak na siebie wołać od dzisiaj. Właśnie
czesze włosy.
- Matyś, skąd go wzięłaś?
Kobieta spuściła wzrok.
- Jego... przyjaciel go przyprowadził. Biedny chłopak był cały
posiniaczony. Jestem pewna, że to ten facet je zrobił.
- Skurwisyn- syknął Waliou przez zęby - Jeżeli go spotkam, zabiję go.
- Romance jest moim najdroższym nabytkiem. Tak łatwo go z tąd nie
wypuszczę.
Meżczyzna zacisnął pięść.
- Matyś...- przerwał. Do pokoju wszedł Romance. Uśmiechnął się do
Waliou.
- Zostawię was- szepnęłakobieta i wysżła.
- Nie wiem jak się zachować...
- Waliou - przypomniał mu.
- Tak...teraz poprostu...wyjdzisz?
- Zazwyczaj tak robię.
Zapadła cisza. Waliou odwrócił wzrok i powiedział:
- Romance, chcialbym byś poszedł ze ze mną.
Szklanka, którą trzymał chłopak upadła na ziemię i pękła. Chłopak
kucnął i zaczął zbierać odłamki.
- On cię skrzywdził prawda? Ten chłopak...to on był tym pierwszym?
Ręka młodzieńca zacisnęła się na odłamku i zaczęła krwawić. Ten
jednak nie zwrócił na to uwagi, tylko zamarł w bezruchu. Drgnął i
szepnął powstrzymując łzy.
- Ja go kochałem... a on mnie wykorzystał, zranił i sprzedał. Poniżył
mnie i zostawił bez niczego. Dlaczego?
- Romance- podszedł do chłopaka i go objął.
- Proszę... będziesz miał tam wszystko co chcesz.
- Ta kobieta... powiedziała mi ż jeżeli będę "grzeczny" da mi jego ades
i wypuści mnie. Bym mógł się zemścić.
Waliou zbyt dobrze znał kobietę, by wierzyć że to uczyni.
- Ona tego nie zrobi, znam ją...
- A ja nie znam ciebie - te słowa zabolały najmocniej- Przyszedłeś tu
wczoraj by kochać się z jakimś facetem, nie? Kim jesteś? Zawsze
dostajesz to czego chcesz hm? Nie znam cię Waliou. A to co się ze
mną stanie, zależy wyłącznie od mojej ,,szefowej".
Chłopak podniósł się i ubrał buty. Spojrzał namężczyznę i pocałowal
go lekko w usta. Po zbyt krótkiej chwili puścił go i wyszedł z pooju.
Waliou jeszcze nigdy nie płakał. Był rozpieszczonym dzieckiem
swoich przybranych rodziców. Byli bardzo bogaci. Zginęli przez
powiązania z mafią. Mężczyzna jednak nigdy zsię z nimi nie
kontaktował. Co prawda miał mały udział w handlu kokainą sam
jednak wolał od używek cielesne zabawy. Teraz wolałby już nigdy tu
nie wrócić. Czuł się zraniony, odepchnięt. Padł na łóżko, ale
przypomnialy mu się wczorajsze wydarzenia i natychmiast się
podniósł. Poprawił ubranie, wziął kluczyk ze stolika. zamknął drzwi i
nie obejrzał się za siebie.

Dwa tygodnie. Minęło. Waliou siedział na ulubionym wierzchowcu i
rozmyślał. Zapłacił właścicielce burdelu i wyszedł bez słowa.
Wyjechał z miasta. Właśnie jechał przez las. Byl gęsty, niiebezpieczny.
Mieszkały w nim wyrzutki społeczeństwa. Nagle koń zarżał. Jacyć
jeźdźcy przejechali koło niego i koń stracił równowagę. Przewrócił się
na bok. Waliou zdążył zeskoczyć z niego ale poczuł jak czyjeś ręcę
oplatają go. Ktoś uderzył go czymś ciężkim w głowę i mężczyzna
stracił przytomność.
Jakiś czas później chłopak usłyszał hałas i otworzył oczy. Zauważył że
jest związany. Przyglądały mu się trzy pary oczu.
- Byłeś z nimi? - zapytał jeden z nich.
- Z kim?
- Z tymi złodziejami, do cholery! - zdenerwował się chłopak na oko w
jego wieku.
- Jakimi złodziejami? Mówisz o tych mężczyznach którzy prawie
zepchnęli mnie do rowu?
Zamilkli i spojrzeli po sobie. Chłopak (najwyraźniej przywódca),
rozwiązał go.
- Chyba jesteś niewinny. Ci mężczyźni niszczą nasze domy i kradną
nasze pieniądze oraz jedzenie.
Waliou spojrzał na niego.
- Więc jestem wolny? Pomożesz mi wrócić do miasta?
- W końcu jestem ci coś winny. Pojedziemy twoim koniem, zostawię
cię tam i wrócę na nim z powrotem. Odstawię go do twojej stajni jeśli
mi ją pokażesz.
- Dobrze - Waliou obejrzał mężczyznę. Był opalony, a brązowe włosy
były krótko ścięte. Niektóre kosmyki opadały mu na oczy. Wyglądał
jak rozbójnik. Bardzo ponętny rozbójnik. Pomyślał o chwili
zapomnienia.
Chłopak najwyraźniej układał coś na półkach a w końcu zostali w
pomieszczeniu sami. Waliou wstał a mężczyzna obrócił się w jego
stronę.
- Coś jeszcze mogę dla ciebie zrobić? - brunet chyba wyczuł jego
nastrój i spojrzał na niego soczyście zielonymi oczami. Jego pozycja
wyrażała chęci.
- Właściwie to tak. Pewnien chłopak dał mi niedawno kosza. Bolało.
Kochaj się ze mną.
Mężczyzna uśmiechnął się do niego i wziął nóż. Zanim Waliou zdążył
zareagować chłopak wpił się w jego usta. Rękę z nożem dał za jego
głowę. Chwycił włosy mężczyzny i ściął je blisko głowy. Upuścił nóż i
kosmyki platynowych włosów na ziemię.
- Teraz nie będziesz myśleć o nim gdy jesteśmy razem - wymruczał.
Kochali się namiętnie, długo i kilka razy. Waliou pozwolił chłopakowi
być seme. Nie chciał być w nikim opróc Romance. Ich ciała zespalały
się ze sobą i nie liczyło się nic poza tym. Przez chwilę nie czuł bólu
złamanego serca.
Zbudził się leżąc pod chłopakiem. Czuł ciepło jego ciała, nacisk na
skórze i zapach jego potu, lecz pomyślał o ukochanym. Tęsknił za nim.
Za jedną krótką nocą z nim spędzoną. Jak tak szybko mógł tak bardzo
pokochać tego chłopaka? Nigdy nie przywiązywał się uczuciowo, był
zmanierowanym dzieciakiem, potem zepsutym mężczyzną. A teraz,
oddałby wszystko by być blisko Romance.
Jego kochanek zbudził się i spojrzał na smutną twarz Waliou.
- Jedź do niego. Nie odrzuci cię - szepnął.
Mężczyzna spojrzał na niego.
Godzinę później jechali już na koniu.
Pięć godzin później stanęli przed bramą do miasta.
Brunet pocałował go mocno w usta a zielone oczy śmiały się do
niego. Pchnął go lekko do przodu. Westchnął i postanowił nie poddać
się tak łatwo. Ruszył przed siebie, a po chwili usłyszał odgłos
odjeżdżającego jeźdźca.
*
- Matyś...- zasiadł na niewielkim, okrągłym fotelu.
- Tak kochaniutki? Chciałeś coś? - uśmiechnęła się przymilnie.
- Chcę wykupić Romance.
Twarz kobiety momentalnie stężała.
- Waliou, wiesz o co mnie prosisz? To mój najlepszy nabytek!
- Zapłacę. Ile zechcesz.
- Człowieku, on jest inwestycją. Jest warty fortunę - parsknęła.
Waliou wyciągnął rękę z kopertą w stronę kobiety. Ta otworzyła ją.
Przeliczyła pieniądze i spojrzała zdziwiona na mężczyznę.
- Idź po niego - powiedziała cicho.
Zanim wyszedł spytała:
- Jesteś gotów tyle zapłacić za jednego chłopaka?
Mężczyzna obrócił się i spojrzał na nią.
- To nie jest jakiś tam chłopak. To Romance.

Podszedł do drzwi pamiętnego pokoju. Spojrzał przez szparę w
drzwiach. Romance siedział na stole i trzymał w ręku TĄ różę.
Wyrywał pojedyńcze płatki i rzucał na ziemię. Oczy miał szkliste.
Przymknął je. Po policzku spłynęła łza.
Mężczyzna wszedł do środka.
Nie liczył na wzajemność Romance'a. Mógł nadal kochać tamtego
mężczyznę, może bał się że ktoś go skrzywdzi.
A Waliou mógł dać mu siebie i oczekiwać że ukochany go przyjmie.
Wykupił go. Mógł teraz robić co chce, iść gdzie chce, lub zostać z
nim.
- Jesteś wolny - rzucił.
Czerwone oczy spojrzały na niego z niepokojem i żalem.
- A zemsta?
Waliou uśmiechnął się gorzko.
- Mam jego adres.
Chłopak spuścił wzrok.
- Słyszałeś co powiedziałem jak już zasypialiśmy?
- Tak - zaczerwienił się.
- Kocham cię. Zostań ze mną. Poznaj mnie.
Romance uśmiechnął się nieśmiało.
- Ja...- zawachał się - Pocałujesz mnie?
Waliou podszedł do niego i pocałował go najczulej jak umiał.

wtorek, 26 stycznia 2010

Romance cz.I (yaoi)

Moje pierwsze yaoi, dodam że dwuczęściowe. Pewnie mi nie wyszło
(bo moja beta znosi shonnen-ai ale yaoi to dla niej kres możliwości)
ale wena mnie zmusiła by je napisać i opublikować :0 Muszę też
chyba sprostować conieco o Myahuayu i Ailohu. Ale to pod notką. ^ ^
***************************************************
Waliou gładził swoje długie złociste włosy. Zmrużył oczy z
przyjemnością. Służąca wmasowywała mu lawendowy olejek na
kręgosłup, gdy inna ubierała go w kaszmirowy szlafrok. Zamruczał.
Wyją z szuflady krótki sztylet, który nosił na wszelki wypadek i
schował go za pas kimona. Zrobił ostatnie poprawki i wyszedł z domu.
Na głowę założył ciemny kaptur. Dyskrecja była podstawą w ciemnych
zaułkach miasta.W powietrzu unosiła się wilgoć a kwaśne krople
deszczu kapały i osiadały na płaszczach jego i jego świty. Starł krople
potu z czoła. Czuł podekscytowanie, mimo że miejsce do którego się
kierował odwiedzał już nieraz. Jednak tym razem oczekiwał
niespodzianki. Odruchowo potarł ręce. Przyśpieszył kroku. Stary,
czerwony neon jaśniał nieśmiało nad zniszczonym budynkiem. Miejsce
w którym powinny być okna zalepione były papierem ryżowym. Wszedł
do pomieszczenia. Pierwotny zapach stęchlizny próbowano
zamaskować wonnymi kadzidłami jednak zwiększało to zaduch.
Różnokolorowe, kwieciste lampiony, rozświetlały wnętrze. Korytarz
rozgałęział się, tworząc mały labirynt. Delikatny dźwięk skrzypiec,
niesiony gdzieś z jego środka, przyciągał. Wnętrze miało swój klimat.
Łatwo było złapać się w jego sidła. Kilka skąpo odzianych kobiet i
mężczyzn uśmiechało się zalotnie so niego, jednak Waliou zignorował
to. Pozwolił ściągnąć z siebie płaszcz i zaprowadzić do sali dla ViPów.
Ujrzał w oddali dobrze znaną kobietę. Skąpstwo i chciwość błyszczały
w jej oczach, zbyt mocny makijaż na jej starej, zniszczonej przez czas
twarzy. Obwieszona była tanimi błyskotkami, jednak odrazu można
było wyczuć że to ona zarządza tym miejscem. Gdyby nie zawód jakim
się trudzi, mogłaby być jego matką.
- Saliomi-uścisnął przyjaźnie pulchną kobietę
- Waliou, kochanie!- cmoknęła go w policzki - mam dla ciebie
niespodziankę. Ucieszysz się.
Zaprowadziła go przed czarne drzwi.
- Nie wejdę z tobą, sam się przekonasz. Przygotowałam ci też to o co
prosiłeś. Zapłacisz mi według uznania..- uśmiechnęła się
przeczuwając dobry interes.
Poczekał aż kobieta odejdzie i wszedł do środka.
Pomieszczenie było duże. Ciemne kotary zasłaniały okna i dawały
poczucie prywatności. Wielkie łoże umiejscowione pod czarną (jak
wszystko w tym pokoju), odrapaną ścianą. Był też mały stoliczek i
krzesło. Waliou zdjął wyjściowe kimono oraz haori* i ubrał inne;
czarne, jednowarstwowe. Związał platynowe włosy w kucyk. Podszedł
do łóżka i spojrzał na leżącą na nim postać. Biała skóra, okryta tylko
czarnym prześcieradłem olśniewała swoją bielą i rzucała perłowy
poblask. Czarne włosy rozsypane na poduszce wyglądały jak utkane z
pajęczej nici. Różowe usta podkreślały bladość cery.
Waliou wstrzymał oddech. Ideał.
Ciemnoczerwone tęczówki spojrzały na niego.
Pod jego spojrzeniem nie mógł się ruszyć. Poczuł się nagi, odarty z
dumy. Otworzył szeroko oczy.
- Przecież nie jestem twoim pierwszym mężczyzną- zadrwił chłopak
dźwięcznym głosem
Twarz Waliou'a znów przybrała maskę. Wstał i sięgnął po
kosmetyczkę.
- Nie, nie jesteś. A ja nie jestem twoim, prawda?
- Jesteś drugim.
Zaskoczyło go to szczere wyznanie. ,,Mamyś nie kłamała mówiąc że
to jest ,,coś" ekstra...on...jest niezwykły...".
Wyjął kilka rzeczy z torebki i usiadła okrakiem na udach chłopaka.
- Jak się nazywasz?- zapytał
- Teraz , kiedy nie mam już nic, kiedy jestem niczym...nazywaj mnie
jak chcesz.
Mężczyzna sięgnął do kosmetyczki i wyjął szminkę. Powoli zbliżył się
do twarzy młodzieńca i umalował jego wąskie, pełne wargi.
Chłopak spojrzał na niego pytająco.
- Najpiękniejszy...Nazwę cię Romance.
Mocno wpił się w usta chłopak, a gdy ten je uchylił, skwapliwie z tego
skorzystał. Złapał jego głowę i przeniósł usta na szyję. Przygryzł jego
skórę robiąc malinkę.
- Doskonale...-podkreślił oczy chłopaka czarną kredką.
Poczuł ciepły oddech na swoim uchu. To było jego wrażliwe miejsce.
Dotkął długich,czarnych włosów kochanka.
- Romance...
Chłopak usiadł na jego udach i odrzucił kołdrę na bok. Blade,
gipkie,kruche ale umięśnione ciało prężyło się przed nim a klatka
chłopaka falowała szybko.
Waliou jeszcze nigdy w życiu nie był tak podniecony.
Pogładził piękny tors Romance'a. Nałożył róż na policzki chłopaka ana
powieki dał niebieski tusz. Ułożył go tak, by jego głowa znalazła się
pod brodą Waliou'a. Uniósł jego twarz do góry i zaczął malować mu
rzęsy. Głaskał go po jego długich włosach, następnie zjechał dłonią po
kręgosłupie. Gdy dotknął pośladków Romance'a chłopak jęknął i
przylgnął do niego. Pomógł mu rozebrać się z kimona. Poczuł jak
kochanek twardnieje. Mile go to połechtało, jednak teraz mógł
myśleć tylko o tym by posiąść Romance. Spojrzał w jego piękne oczy.
Położył go i zaczął lizać jego sutki a następnie brzuch, znacząc mokry
szlak. Zjechał nieco niżej i niżej... Polizał wnętrzną stronę ud
chłopaka, omijając strategiczne miejsce. Doprowadzał tym Romance
do szału i dobrze to wiedział. Kiedy widział że chłopak zaraz dojdzie,
oblał się oliwą i posadził chłopaka na swoich udach.
Pocałował go mocno w usta i wszedł w niego. Zastygł by dać czas
chłopakowi do przyzwyczajenia. Zlizał słoną łzę która spłynęła z oka
Romance'a. Gładził go po plecach i zaczął się poruszać. Nie chciał
sprawić mu bólu. ,,Skąd we mnie tyle czułości?" Nie poznawał sam
siebie. Spojrzał na twarz mężczyzny. Ten patrzył na niego i pocałował
go, z początku delikatnie, z czasem coraz namiętniej. Kochali się
coraz szybciej. Słychać było tylko ich jęki. Ich spocone ciała łączyły
się ze sobą. Najpierw doszedł Romance, a zaraz po nim Waliou. Opadł
zmęczony na klatkę młodzieńca i wtulił się w jego bark. Przykrył ich
kołdrą. Dotknął policzka kochanka.
-Romance, chyba się w tobie zakochałem - szepnął i odpłynął.
****************************************************
Zboczone, wiem. Ale na j. polskim moja wyobraźnia miała za duże
pole do popisu d: . |Chciałabym tylko sprostować. Długo nie byłam
pewna czy Ailoh ma mówić o sobie w formie żeńskiej czy męskiej,
zdecydowałam się na tą pierwszą ponieważ Ailoh nie zamierzał
powiedzieć Myahowi że jest mężczyzną, bo tamten
najprawdopodobniej odprawił by go. Dlatego też szeptał by nie mógł
go rozpoznać po głosie (trochę głupie, wiem.) I jeszcze jedno... (nie
bić) Myah jest seme ^ ^. To chyba tyle. ,,Początek..." dodam niedługo,
( i postaram się notka była dłuższa ;P) choć pewnie najpierw dam
drugą część tego yaoi. :)

poniedziałek, 25 stycznia 2010

2.Początek na Wzgórzach Wiśni

Myahuay i Ailoh siedzieli na pomoście. Zimna woda oblewała ich
stopy, a szum wody uspokajał. Mężczyzna włożył dłoń do zimnego
strumienia.
-Jak mnie poznałaś Ailoh? Znaliśmy się wcześniej? Dlaczego się mną
zajęłaś?
Poczuł ruch koło siebie i ciepłe ciało koło lewego boku.
- A czy to ważne? Wiesz, że jestem z tobą już miesiąc? Niedługo
spadnie śnieg. A pomiędzy śniegiem leżeć będą białe płatki. Ale czy to
coś nowego? Tak jest zawsze. Nie musisz tego widzieć, musisz
zaakceptować że tak będzie. Nie zmienisz tego, nawet jak to
zobaczysz.
- Ale...
- Myahuay... duch wybrał mnie abym się tobą zajęła- szepnął - stałam
za tobą. Ja też widziałam ducha Ognia.
Mężczyzna próbował odnaleźć dłonie Ailoh. Poczuł, że ciepłe ręcę
obejmują jego ramię. Zimna woda z rąk Ailoh spłynęła po jego
plecach.
- Ailoh, tak bardzo chciałbym cię już zobaczyć.
-Nie możesz zobaczyć. Ale możesz zadawać pytania.
-Skąd jesteś? Z Keyan*?
-Nie, wywodzę się zza gór Ducha.
-Opowiedz mi o tym miejscu.
-Jest tam zawsze zimno, nawet w lecie. Ludzie zamieszkują wyżyny i
szczyty, a na dole jest przełęcz na drugą stronę. Jest też tam droga do
Doliny Wiśni. Ludzie ubrani są w kurtki i kożuchy a ci bogatsi w stroje
ze skóry jelenia, pomalowane ochrą. Domy są z grubo ciosanego
drewna. W środku wydrążone jest ognisko.
- Więc czemu tu jesteś?
-hmm...kiedy oboje widzieliśmy światło, ja naprawdę stałam za tobą,
ale ty byłeś...tu, a ja...tam.
Zamilkli.
-Przeznaczenie - szepnął Ailoh
-Ile masz lat?
-Osiemnaście. A ty?
-Dwadzieścia cztery.
-Idziemy do domu?
-A poopowiadasz mi jeszcze? - Myah wyszczerzył zęby w stronę
nieokreśloną ( ^^ dop.od.autorki)
-Dobrze. A co chcesz wiedzieć?
-Czy ludzie skąd pochodzisz, mają jakieś szczególne cechy?
-Co trzecie dziecko ma włosy koloru złota- powiedziała Ailoh po
minucie ciszy.
-Złota?!
-Tak...nie opowiadamy o tym na prawo i lewo.
-A ty? Jaki kolor mają twoje włosy?
-Czarno...miedziane.
-Oh. Piękne.
-Twoje są ładniejsze- dotknął krótkich, kruczoczarnych włosów
mężczyzny.
-Zostań ze mną.
-Zostanę. Robi się zimno. Wracajmy do domu.
Myahuay wstał z pomocą Ailoh i poczuł że traci równowagę.
-Myah, Uważaj!
Mężczyzna zachwiał się, kamyki osunęły się i mężczyzna runął na
plecy.
-Kurde znowu -mruknął rozzłoszczony. Plecy paliły go niemiłosiernie.
-Pokaż.
Skórę na plecach przecinały dwie szramy. Lekko kapała z nich krew.
-Wracajmy. Opatrzę ci to.

*Keyan - nazwa dzielnicy
****************************************************
Krótka i zapewnie z błędami ale beta mi nie pomogła *gniewa się*
Dodam niedługo kolejną część albo yaoi XD .